poniedziałek, 24 grudnia 2012

Wesołych Świąt!

Witam,
dzisiejszy wpis nie należy do najbardziej oryginalnych. Stwierdziłam także, że nie będę się zbędnie rozpisywać, bo w ostatnich minutach ''wolności" (przed wigilijną kolacją) nikt nie ma czasu na czytanie :) Chciałabym wszystkim Wam, moi drodzy, życzyć po prostu zdrowych, wesołych, spokojnych świąt Bożego Narodzenia oraz udanego Sylwestra i szczęśliwego Nowego Roku. Niech ten świąteczny okres będzie refleksyjny, ale nie smutny. Kto wie, może ktoś, kto był w podobnej do mojej sytuacji, naprawi rodzinne więzy? Nieważne co - ważne, abyśmy na nowo odżyli, odrodzili się, jak naście wieków temu Ten, Którego Narodziny Świętujemy.

Weronika

środa, 12 grudnia 2012


 Wydawnictwo: Świat Książki 2011
 Język oryginału: angielski
 Tytuł oryginału: 'The Language of Flowers'
 Liczba stron: 400
 Lektor: Katarzyna Zielińska
 Długość mp3: 614 min

Pierwsze, na co zwróciłam uwagę, gdy pierwszy raz zobaczyłam tę książkę, to bardzo ładna okładka - tak, kieruję się nią przy wyborze lektur. Tytuł również mnie zaintrygował. Postanowiłam, że zobaczę, co Diffenbauch ma mi do zaoferowania. 
Victoria jest dziewczynką z kiepską reputacją - mówi się o niej, że jest przekorna, małomówna, uparta, aspołeczna i bezczelna. Opinię taką wydawały po kolei wszystkie rodziny zastępcze i domy dziecka, w których była. W głębi duszy Victoria jest osobą bardzo wrażliwą i kocha kwiaty - od jednej ze swoich matek zastępczych, Elizabeth, poznała nawet ich sekretny język, który znają tylko nieliczni. Oset na przykład sygnalizuje mizantropię, a niewinne na pozór nagietki - żal. Paproć sygnalizuje szczerość, natomiast mimoza jest znakiem wrażliwości. 
Victoria zaczyna dorosłe życie, w którym nie będzie już ciągłej zmiany miejsca zamieszkania. Poznaje Renatę - kwieciarkę, która zatrudnia ją w swojej kwieciarni. Osiemnastolatka znakomicie odnajduje się w nowej branży, gdzie dla przychodzących klientów dobiera bukiety specjalnie dopasowane do ich osobowości i aktualnych potrzeb. Wszystko to dzięki znajomości języka kwiatów. Nagle Victoria poznaje Granta, który również opanował tę unikalną umiejętność odczytywania znaczeń roślin. Wówczas pewne kwestie ulegną gruntownej zmianie. 
W ,,Sekretnym języku kwiatów" akcja toczy się naprzemiennie - poznajemy równolegle losy młodziutkiej, niedorosłej jeszcze Victorii oraz tej samej postaci, ale  jako osiemnastoletnia kobieta. 
Autorka serwuje nam prawdziwy bukiet, z którego składa się miłość, poszukiwanie własnej osobowości oraz właściwej drogi, nieufność do świata zewnętrznego i przyjaźń. Wszystko to złączone w jedną, zgrabną całość, która jednocześnie zaskakuje i wzrusza czytelnika. 
Słuchając tego audiobooka, miałam zmienne wrażenia - raz mi się podobało, innym razem czułam się znudzona. Ponadto główna bohaterka to postać, która mnie strasznie irytowała swoim zachowaniem. Z drugiej jednak strony - czy mam prawo się dziwić? Jak j a zachowywałabym się, gdybym była w jej sytuacji, poniewierana przez wielu obcych ludzi, ciągana od jednego domu do drugiego? Podczas lektury dochodzimy do wniosku, iż trudne dzieciństwo często rzutuje na całe życie. 
Uważam, że zaletą tego utworu są, mimo irytującej głównej bohaterki, postacie - nie spotkamy tu bowiem ani czarnych, ani białych charakterów - każdy ma swoją indywidualną osobowość, na którą składają się zarówno wady, jak i zalety. Jak w życiu.
Lektorka, Katarzyna Zielińska, spisała się bardzo dobrze - czytała wyraźnie, w umiarkowanym tempie, bez zbędnej interpretacji głosowej. 
Polecam jako odprężającą lekturę. 

Audiobooka można kupić na Audeo

sobota, 8 grudnia 2012

Witam wszystkich.
Po raz kolejny przepraszam za ciszę na blogu - ledwo mam czas się podrapać, a poza tym nic mi się nie chce ;) Czytać też nie, o dziwo. 
Byłam wczoraj w teatrze - na ,,Madame" Antoniego Libery. Spektakl był rewelacyjny, prawdopodobnie najlepsza sztuka, jaką miałam okazję kiedykolwiek obejrzeć. Uważam, że aktor grający główną rolę został do niej stworzony. Dodatkowo muzyka (na żywo), która wzmacniała mój entuzjazm - świetna! 
Plakat reklamujący spektakl ,,Madame"

Po spektaklu miałam okazję uczestniczyć w spotkaniu z autorem książki ,,Madame" - Antonim Liberą.  Miałam mieszane uczucia - pan ten w pewnym momencie zaprzeczył sam sobie, mówiąc, że pisarz to zwykły człowiek, a następnie krytykując każde pytanie. Niezbyt przyjemny typ :) Samego utworu jeszcze nie czytałam, ale mam w najbliższym zamiarze - już leży na półce :) 





Przy okazji mam dla Was dwa zaproszenia. Pierwsze - na rozejrzenie się po moich pozycjach wystawionych na allegro, bo święta się zbliżają, trzeba zrobić miejsce na półkach (na nowe książki!) i zapełnić świnkę-skarbonkę (której, nawiasem mówiąc, nigdy nie miałam). 
Po drugie, i zdecydowanie dla mnie ważniejsze - zapraszam Was wreszcie do odwiedzania mojego drugiego, niedawno narodzonego bloga z pozytywnymi, luźnymi myślami. Stwierdziłam, iż strona taka, na którą będę mogła zawsze zerknąć, bardzo przyda się nie tylko mi, ale również każdemu, kto potrzebuje pozytywnego kopa ;) Zatem - zapraszam serdecznie! 



sobota, 1 grudnia 2012

Boris Akunin: ,,Świat jest teatrem"


Wydawnictwo: Świat Książki 2012 
Język oryginału: rosyjski 
Tytuł oryginału: 'Ves' mir teatr'
Przekład: Olga Morańska 
Liczba stron: 432


Przepraszam za ciszę na blogu - ostatnio nic mi się nie chce - ani czytać, ani pisać. Zaczęłam biegać między szóstą a siódmą rano, co z jednej strony pozytywnie nastraja i daje energię na cały dzień, a z drugiej wieczorami szybciej kładę się spać, nie mam czasu na książkę. Najchętniej w okresie tej późnej jesieni zapadłabym w zimowy sen. 
O Borisie Akuninie pisałam przy okazji ,,Kochanka Śmierci" . Autor ten zrobił na mnie wówczas bardzo pozytywne wrażenie i poczułam pragnienie zapoznania się z innymi jego dziełami. Sięgnęłam zatem po ,,Świat jest teatrem".
Na prośbę starej, dobrej znajomej Fandorin podejmuje się śledztwa w sprawie zagadkowego zachowania jednej z gwiazd teatru - pięknej, utalentowanej Elizy Altarskiej-Lointaine, która swoją finezją, szykiem, elegancją i umiejętnością zachwyca i podbija serca wielu mężczyzn. 
Podstarzały już Fandorin nie jest wyjątkiem - on również ulega urokowi młodej aktorki i... zakochuje się, po raz pierwszy od wielu lat. Co dziwne, mężczyźni przebywający w otoczeniu kobiety nagle umierają śmiercią, która na pierwszy rzut oka wygląda na samobójstwo. Fandorin, dzięki swojej wnikliwości i obserwacji, odkrywa, że w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. 
Książka ,,Świat jest teatrem" została skonstruowana w nieco inny sposób niż poprzednia, którą czytałam - ,,Kochanek Śmierci". Utwory te różnią się bowiem tym, że w pierwszym przedstawiony jest bezpośrednio Fandorin, od samego początku, natomiast w drugim - dokładnie poznajemy najpierw patologiczne otoczenie, które detektyw będzie badał. Uważam, iż jest to świetny zabieg ze strony autora - w ten sposób unika on szablonowości i nudnej, dennej przewidywalności, która zdecydowanie za często występuje w długich cyklach i seriach literackich. 
Boris Akunin po raz kolejny podbił moje serce - jego najnowsza powieść jest napisana w wyrafinowany, acz bezpretensjonalny sposób, gdzie z każdej strony bije klasa, elegancja, wykwintność, szyk i wdzięk. Ponadto dzięki obrazowemu opisywaniu wszystkiego, czytelnik ma wrażenie, iż przenosi się z teraźniejszości do XX-wiecznej Moskwy, w której życie to teatr. 
Gorąco polecam. 

piątek, 23 listopada 2012

Julia Child; ,,Gotuj z Julią"


 Wydawnictwo: Literackie 2011 
 Język oryginału: angielski 
 Tytuł oryginału: 'Julia's Kitchen wisdom' 
 Przekład: Anna Sak 
 Liczba stron: 250 

Julię Child, amerykańską mistrzynię kuchni, poznałam podczas lektury ,,Moje życie we Francji", która stanowi interesującą autobiografię. Okazało się, że ta kobieta to nie tylko znakomita kucharka (chociaż to słowo kiepsko komponuje się z nazwiskiem: Child), ale przede wszystkim bardzo intrygująca, osobliwa i pozytywna postać. 
,,Gotuj z Julią. Niezbędne przepisy i porady mistrzyni kuchni" to zbiór różnorakich przepisów - znajdziemy tutaj proste sposoby przyrządzenie zup, sałatek, warzyw, mięsa, drobiu, ryb, dania jajecznych, pieczywa, naleśników, tart, ciast i ciasteczek. Dodatkowo autorka, z myślą o kuchennych żółtodziobach, zamieściła na końcu książki 'słowniczek kuchenny' i informacje o sprzęcie w kuchni. Napisała to w sposób zrozumiały i przystępny. 
To nie jest taka zwykła książka kucharska. Ja czytałam ,,Gotuj z Julią" jak najlepszą powieść - z zainteresowaniem i uśmiechem na twarzy, bowiem autorka wzbudza wielką sympatię, a jej energię odczuwam nawet w najprostszych przepisach. 
Ponadto utwór jest bardzo ładnie, estetycznie wydany, a ciekawostki  i niezbędne informacje zostały wyróżnione specjalnym kolorem, innym od reszty tekstu. 
Korzystanie z przepisów samej Julii Child to ogromna frajda. Nawet omlet dzisiejszego poranka zrobiłam tak, jak pisała autorka - i wyszedł, skromnie mówiąc, pyszny! 
Książkę ,,Gotuj z Julią: niezbędne przepisy i porady mistrzyni kuchni" Julii Child polecam wszystkim tym, którzy uważają gotowanie za czarną magię - gwarantuję, że autorka dzieła przekona Was do tego niezbędnego w życiu codziennym zajęcia. Umieszczone tu recepty na przyrządzenie smakowitych potraw są różne - od tych banalnych, na przykład jajecznicy, przez znane i lubiane, takie jak szarlotka, po wykwintne i przez wielu nigdy nieodkryte - chociażby homar. Ugotowania tego ostatniego się nie podejmę, bo owoce morza wszelkiej maści napawają mnie obrzydzeniem, ale przepisy na  ciasta i ciasteczka, których pieczenie uwielbiam, z pewnością wykorzystam. 

czwartek, 22 listopada 2012

Natalia Rogińska: ,,Maciejka"


 Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2011
 Język oryginału: polski
 Liczba stron: 224


Po ,,lekką i przyjemną" literaturę polską sięgam stosunkowo rzadko. Jeżeli mam ochotę na jakąś odprężającą lekturę, czytam coś zagranicznego - najczęściej amerykańskiego autora. Dlaczego? Otóż w dobie grafomańskich utworów wydanych przez ludzi, którzy za wszelką cenę pragną zaistnieć na rynku literackim, ciężko jest oddzielić ziarno od plew. A Polska, chcąc nie chcąc, ma w kieszeni wiele takich ,,perełek" wątpliwej jakości. 
Po lekturze ,,Maciejki" zmieniłam zdanie na ten temat - przynajmniej częściowo. Doszłam do wniosku, że byłam stanowczo zbyt nieufna wobec naszych rodowitych pisarzy. 
Karolina, trzydziestosiedmiolatka, jest tak zwanym singlem. Pracuje jako pielęgniarka i dorabia, pomagając staremu, niedołężnemu zboczeńcowi, mieszka w wynajmowanej kawalerce, chodzi na imprezy do klubów, z których zazwyczaj wychodzi w towarzystwie kolegów ,,na jeden raz", z którymi znajomość kończy się na narożniku w jej mieszkaniu. Od kilkunastu lat nie była zakochana, albo może inaczej - nie odkochała się. Przeszkodą w znalezieniu stałego partnera jest bowiem minister Zdrowia, pierwsza miłość Karoliny z czasów studenckich, którego kobieta wciąż wspomina z sentymentem. 
Samotność to jednak nie jedyny problem, z jakim musi się zmagać - rodzina, ciągle zrzędząca za jej plecami i naciskająca na to, aby Karolina wreszcie wyszła za mąż; przyjaciółki bliższe i dalsze; dojrzewająca chrześnica, która spotkała ,,tę jedyną miłość" - to tylko mała cząstka tego, co Natalia Rogińska opisała w ,,Maciejce". 
Autorka to bardzo młoda osoba, która napisała już trzy książki - ,,Grubą", ,,Alicję" oraz ,,Maciejkę". Podoba mi się jej zdystansowane podejście do życia oraz zdolność uważnego obserwowania otaczającego ją świata. Dzięki temu jej dzieła mogą być naprawdę interesujące. 
Ogromnym plusem  ,,Maciejki" jest sposób, w jaki została napisana. Styl pisania Natalii Rogińskiej jest ironiczny, zabawny, przewrotny, a z każdej strony bije, jak już wspomniałam, dystans do świata. Dzięki temu autorce udało się zarówno zdobyć moją sympatię do głównej bohaterki, jak i spowodować częste uśmieszki i wybuchy śmiechu. 
,,Maciejka" to nie jest literatura z najwyższej półki ani lektura wymagająca skupienia i myślenia. To po prostu lekkie, odprężające czytadło, które poprawia humor, pozytywnie nastraja i ma optymistyczny wydźwięk. Po zamknięciu książki nie da się nie uśmiechnąć - zakończenie jest urocze i nieco zaskakujące. 
Polecam na rozluźnienie!


środa, 21 listopada 2012


 Wydawnictwo: W.A.B. 2012
 Język oryginału: norweski
 Tytuł oryginału: 'Skutt i filler av Mads Mikkelsen'
 Przekład: Karolina Breś
 Liczba stron: 179


Gdzie jest granica między miłością a obsesją? Czy jest ona widoczna? A może te dwa zjawiska stanowią nierozłączną parę, wzajemnie się uzupełniają?
Abba to dziewiętnastoletnia dziewczyna, którą poznajemy tuż przed jej wyjazdem do Wiednia. Na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie normalnej, przeciętnej nastolatki - pracuje w księgarni, wolny czas spędza z przyjaciółmi, oglądając filmy i popijając glogg. W trakcie swojej pracy Abba poznaje stałego klienta sklepu, którego nazywa Madsem Mikkelsenem, ponieważ jest podobny do duńskiego artysty. Początkowe młodzieńcze zauroczenie tym czterdziestoletnim mężczyzną przeobraża się w fanatyzm, obsesję, a młoda kobieta zaczyna mylić fantazje z rzeczywistością. 
,,Kręci mnie Mads Mikkelsen" to debiut młodej, bo zaledwie dwudziestokilkuletniej Norweżki. Autorka zgrabnie opisała życie dziewiętnastoletniej dziewczyny, która wielkimi krokami wkracza w dorosłość - potrzebuje więc dużo miłości, uczucia i namiętności. Hedda Robertsen serwuje nam również potężną dawkę erotyzmu, a fantazje głównej bohaterki zostały napisane w sposób subtelny i bez wulgaryzmów - oczywiście, na ile pozwoliła na to tematyka. 
Podoba mi się, że młoda autorka odważnie złamała tabu - w końcu seks to tematyka wciąż omijana przez wielu ludzi szerokim łukiem, a samo słowo, jeżeli jest wymawiane, to teatralnym szeptem. Robertsen bez ceregieli wkroczyła w strefę intymności, bezwstydnie opisując najrozmaitsze fantazje i marzenia erotyczne dziewiętnastolatki. 
Książka jest dosyć chaotyczna - z czasem przestajemy się orientować, co rzeczywiście przydarzyło się głównej postaci, a co jest jedynie jej wymysłem. Sposób narracji (pierwszoosobowy) pozwala nam także na przypuszczenie, że nawet ona sama, Abba, nie do końca odnajduje się w realnym świecie. 
Mimo wszystko oczekiwałam czegoś więcej. Powieść jest zwyczajnie nudna - nie zawsze, ale często miałam ochotę ostentacyjnie ziewnąć podczas lektury. ile bowiem można czytać o zakochaniu? Myślę, że dało się uniknąć tej monotonii, nadając utworowi różne odcienie. 
Norweska literatura erotyczna to dla mnie nowość. Skandynawię znam niemalże tylko z kryminałów, zatem lektura tej niepozornej, pięknie wydanej książeczki była interesującym doświadczeniem, ale spodziewałam się czegoś znacznie lepszego. 

czwartek, 15 listopada 2012


 Wydawnictwo:  Świat Książki 2012
 Język oryginału: angielski 
 Tytuł oryginału: 'History of a pleasure seeker' 
 Przekład: Ewa T. Szyler 
 Liczba stron: 256 


Mam mieszane uczucia po lekturze tej książki. Szczerze mówiąc trudno  określić, czy przypadła mi do gustu czy niekoniecznie. Na pewno była to momentami bardzo męcząca lektura i miałam często ochotę na rzucenie nią w najdalszy kąt. Innym razem umiarkowanie mnie wciągała. 
Amsterdam, 1907 rok. Maksymalny stopień rozwinięcia belle époque. Piet Barol to młody, przystojny kawaler rządny przygód i przyjemności. Pragnąc zapewnić sobie jak najlepszą przyszłość, oferuje jednej z najbogatszych rodzin w mieście siebie w roli nauczyciela niesfornego dziesięciolatka, który od ładnych kilku lat nie wystawił nosa za próg drzwi frontowych. Dzięki swojemu urokowi osobistemu zdobywa tę pracę i zajmuje jeden z pokoików dla służby, gdzie poznaje interesujących ludzi. Z biegiem czasu zamożna familia coraz bardziej przywiązuje się do Pieta. Nie na długo. 
Pierwszą kwestią wartą wspomnienia jest fakt, że ,,Historia poszukiwacza przyjemności" (sam tytuł brzmi moim zdaniem bardzo niezgrabnie) to bardzo filmowa, malownicza powieść - jej ekranizacja z pewnością osiągnęłaby sukces dużo większy od oryginału. Richard Mason z precyzją niczym u zegarmistrza tworzy opisy, które pobudzają wyobraźnię - robi to w taki sposób, iż czytelnik własnymi zmysłami odczuwa aromatyczne zapachy placków jabłkowych, widzi solidnie zbudowane, drewniane meble z czasów Ludwika XV, czuje w dłoniach aksamitne suknie kobiet. Nieczęsto zdarza się, aby autor tak zręcznie manipulował wyobrażeniami czytającego.  Godne podziwu. 
Ale, ale... ,,Historia poszukiwacza przyjemności" ma również negatywne strony i, jeżeli nie równoważą się one z pozytywami, to nawet ich ilość odgrywa ważniejszą rolę w całym tym spektaklu. Przede wszystkim - bywały, w dodatku bardzo często, momenty, kiedy autor straszliwie zanudzał, a wówczas dalsza lektura była wręcz niemożliwa i okrutnie męcząca. To dlatego czytałam ten utwór tak długo - po trzydziestu, czterdziestu stronach miałam dosyć. 
Ponadto nawet po skończeniu książki nie do końca wiem, o czym ona była. Pięknie zarysowany obraz belle époque, w porządku. Życie dwudziestokilkulatka, który wykazuje się wielkim sprytem i przebiegłością.  Pikantny, chociaż w tych czasach nierobiący na nikim wrażenia, romans. Myślę jednak, że to zdecydowanie za mało, żeby zainteresować czytelnika. To tak jakby przysuwać głodnemu zwierzakowi bardzo smakowitą, dobrze pachnącą przekąskę tylko po to, aby za chwilę zabrać ją i schować. Z tą różnicą, iż zamiast jedzenia mamy tu dobrze zapowiadającą się powieść, którą niezawodni opiniotwórcy (,,The Daily Mail" itp.) wychwalili jak nic innego. 
Wątek erotyczny zaiste jest, ale bardzo powściągliwie, elegancko opisany. To mi się podobało, ta elegancja bijąca z każdej strony. 
Nie spodziewajcie się rewelacji. 

niedziela, 11 listopada 2012

Henning Mankell: ,,Biała lwica"


Wydawnictwo: W.A.B. 2005
 Język oryginału: szwedzki
 Tytuł oryginału: 'Den vita lejoninnan'
 Przekład: Halina Thylwe
 Liczba stron: 479
3 część cyklu o Komisarzu Wallanderze

Uwielbiam Mankella. Imponuje mi nie tylko znakomitymi powieściami oraz świetnymi postaciami, ale także tym, że w okresie, kiedy skandynawskie kryminały są na topie, on niezmiennie pozostaje sobą - utrzymuje poziom, nie ,,leje wody", jak wielu autorów, aby zwiększyć liczbę stron.
Akcja dzieje się w 1992 roku, z wyjątkiem prologu. W Szwecji zostaje zastrzelona dojrzała kobieta - metodystka, matka dwójki dzieci, idealna żona, niemająca żadnych wrogów. Kurt Wallander, który prowadzi dochodzenie, jest w ślepym zaułku - nie ma żadnych tropów, kto i dlaczego mógł zamordować Louise. Żeby było śmieszniej, w trakcie śledztwa na miejscu zbrodni komisarz znajduje palec czarnego człowieka. Czy da się połączyć te dwa incydenty? Wszystkie drogi prowadzą do Republiki Południowej Afryki, gdzie w tym samym czasie kilku prawicowych maniaków planuje zapach na Nelsona Mandelę.
,,Biała lwica" jest zupełnie powieścią zupełnie inną od poprzednich, które czytałam - ,,Mordercy bez twarzy" i ,,Psów z Rygi". Tutaj akcja zatacza kręgi na ogromną skalę, a Mankell igra z czytelnikiem, manewrując czasem i miejscem akcji. Trzeci tom cyklu o Kurcie Wallanderze można nazwać nie tylko dobrym kryminałem, ale także wciągającym thrillerem politycznym. Utwór tym bardziej mi się podobał, że podczas czytania miałam okazję dokształcić się na temat polityki w Afryce, o której tak naprawdę nie mam zielonego pojęcia. 
Myślę, że przy okazji lektury ,,Białej lwicy" warto zastanowić się nad tym, czym tak naprawdę jest rasizm - bardzo często bowiem temat ten zbywamy niedbałym machnięciem ręki, bo przecież nas to nie dotyczy. To nieprawda - nawet nie mając w swoim otoczeniu Afroamerykanów, wielu z nas skrywa niechęć do tych ludzi, którzy różnią się od nas jedynie kolorem skóry - a czy w dzisiejszych czasach, w dobie hipernowoczesnych urządzeń, gadżetów, w okresie, kiedy tolerancja jest wręcz modna, pochodzenie odgrywa jakieś znaczenie? Ja wszystkich rasistów nazwałabym hipokrytami. 
Kurt Wallander. To jeden z moich ulubionych bohaterów literackich, a kolejne lektury Henninga Mankella tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że komisarz jest bezkonkurencyjny. Kiedy czytałam ,,Białą lwicę", zastanawiałam się, co ja tak w ogóle lubię w tym człowieku. Uważam, że chociażby sposób, w jaki autor wykreował Wallandera, robi wrażenie - nie jest to ani heroiczny superbohater, który zna odpowiedź na każde pytanie, ani policjant-jasnowidz, w dodatku wszechwiedzący - tak jakby to on uczestniczył w zbrodni. Nie. Komisarz Kurt Wallander to najzwyczajniejszy na świecie, przeciętny zjadacz chleba, rozwodnik, który nie ma szczęścia u kobiet. Taki, który mimo nieustannych narzekań poświęca swoje życie pracy i już dawno zapomniał o urlopach, spokoju i prywatności. Czy w XXI wieku takiej egzystencji nie ma przynajmniej trzy-czwarte ludzi? 
,,Biała lwica" to przyjemna, pouczająca i wciągająca powieść, którą polecam wszystkim fanom Henninga Mankella. Tym, którzy jeszcze się z tym autorem nie poznali, proponuję nie zwlekać. 

sobota, 10 listopada 2012

Stwierdziłam, że nie ma sensu pisać dwóch osobnych notek na temat tych filmów - żaden z nich tak naprawdę nie pozostawił mnie z mądrymi refleksjami, którymi chciałabym się z Wami podzielić, więc rozpisywać się nie będę. ,,Dziewczyna moich koszmarów" oraz ,,Ostatni dom po lewej" to po prostu dwa przyjemne, rozluźniające zabijacze czasu. 

Eddie (Ben Stiller), dotychczas nieszczęśliwy samotnik, pod presją otoczenia żeni się z zabawną, młodą Lilą (Malin Akerman) i wyrusza z nią na wymarzony miesiąc miodowy. W czasie podróży okazuje się, że między ,,zakochaną" parą jest wiele różnic - mężczyzna dowiaduje się o wybrance prawdy, która, brzydko mówiąc, zwala go z nóg. Lila okazuje się być wstrętną, rozkapryszoną babą, która w dodatku nie grzeszy rozumem. Tymczasem Eddie poznaje Mirandę (Michelle Monaghan), kobietę swoich marzeń i jest pewien, że to jest to. Tylko jak powiedzieć swojej żonie, że chce rozwodu? 
,,Dziewczyna moich koszmarów" (reż. B. Farrelly, P. Farrelly) to bardzo zabawny, wywołujący niespodziewane wybuchy śmiechu film o miłości, niezdecydowaniu i pechu. Myślę, że jednym z jego najoryginalniejszych cech  jest początek - taki, który w wielu innych komediach romantycznych stanowi zakończenie akcji. Wymarzona kobieta, małżeństwo, podróż do egzotycznego miejsca... Natomiast w ,,Dziewczynie moich koszmarów" to dopiero wstęp. 
Film polecam do obejrzenia w ramach relaksu i poprawienia sobie nastroju - bo każdy czasem potrzebuje takiej lekkiej, śmiesznej komedii, pozwalającej na zapomnienie o własnych problemach. ,,Dziewczyna moich koszmarów" sprawdzi się w tej roli idealnie. Przy okazji, taka mała zachęta - smarowanie się ropą naftową zamiast filtrem podczas opalania wyłożyło mnie na łopatki, chyba nigdy nie zapomnę tej sceny :) 

Może nieco przesadziłam pisząc, że ,,Ostatni dom po lewej" (reż. D. Iliadis) to przyjemny i rozluźniający zabijacz czasu. Wrażliwym na widok krwi ludziom absolutnie ten film nie umili wieczoru - wręcz przeciwnie, tylko niepotrzebnie podniesie ciśnienie, a ja nie chcę być odpowiedzialna za żadne późniejsze konsekwencje ;) Od razu więc uprzedzam, że ten utwór przedstawia dużo agresywnych zachowań, bijatyk, siekanek i rozlewu czerwonej cieczy. 
,,Ostatni dom po lewej" zaczęłam oglądać w przerwie reklamowej ,,Dziewczyny z moich koszmarów" - zobaczyłam fragment, który mi się spodobał, więc stwierdziłam, że bardzo chętnie zapoznam się z całością. Chciałam jednocześnie dokończyć ,,Dziewczynę...", pojawił się więc mały problem. Ale nie dla mnie! Spostrzegłam, iż o 1:55 tej samej nocy i na tym samym kanale telewizyjnym będzie emitowany po raz kolejny thriller ,,Ostatni dom po lewej". Zdecydowałam, że wytrzymam i poczekam, chociaż między jednym a drugim filmem były prawie dwie godziny przerwy (które zajęłam oglądaniem piątej części Harry'ego Pottera). Wytrzymałam i poczekałam. 
W ramach wypoczynku siedemnastoletnia Mari (Sara Paxton) wraz z rodzicami przyjeżdża do domu położonego na odludziu. Chcąc wieczór spędzić z przyjaciółką, dziewczyna wyjeżdża do miasta. Koleżanki spotykają chłopaka oferującego im naprawdę dobre zioło. Cóż mają robić, zrezygnować z takiej okazji? Razem z Justinem, bo tak ma na imię nowy kolega dziewcząt, wybierają się do jego mieszkania. Nigdy by się nie spodziewały, że ten dzień być może będzie ich ostatnim... 
Mari i jej koleżanka, przesiadując z Justinem w motelu, nie wiedzą, że ten pokój to kryjówka socjopatycznych bandytów, którzy, zastawszy je tam, porywają nastolatki, a następnie torturują i gwałcą. Jedynym ratunkiem Mari jest dotarcie do domu i rodziców, jednakże jej napastnicy nieświadomie znajdują schronienie w tym domu - ostatnim domu po lewej. 
Film ten owszem, jest wciągający i momentami przerażający, aczkolwiek nie wywarł na mnie oczekiwanego wrażenia. Co prawda motyw zdesperowanych i rozwścieczonych rodziców był niczego sobie, ale nic więcej. Niektóre fragmenty zdawały się być pozbawione jakiejkolwiek logiki.  
,,Ostatni dom po lewej" to utwór bardzo mocna, szokująca i obrzydliwa, zdecydowanie nie dla ludzi o słabych nerwach - przykładem jest chociażby scena gwałtu, ciągnąca się nieubłaganie, podczas której wrażliwym widzom może się nawet zbierać na wymioty. Ogólnie rzecz biorąc - film niezły, ale bez rewelacji. 

piątek, 9 listopada 2012

Dla odmiany

Witam wszystkich serdecznie. 
Na wstępie chciałabym się pochwalić, że zostałam wicemistrzynią ortografii w moim mieście - dostałam drugie miejsce w Wielkim Dyktandzie Ortograficznym napisanym przez prof. Markowskiego. Jestem z siebie bardzo dumna, bowiem poziom był dosyć wysoki. 
Kolejnymi powodami mojej radości (uznałam, że trzeba się cieszyć z małych rzeczy) są - piątek, świadomość, iż następny tydzień będzie bardzo luźny, więc sobie poczytam, oraz przesyłka ze Świata Książki - mam już nowego Akunina, Masona i piękną biografię Katarzyny II Wielkiej. Egzemplarze leżą obok mnie i pięknie pachną ;) 
Obecnie czytam ,,Białą lwicę", czyli trzeci tom cyklu o Kurcie Wallanderze - myślę, że w weekend na pewno skończę tę książkę i zacznę jakąś inną. 
Tak naprawdę nie spotkaliśmy się tutaj, aby pogadać o głupotach ;) Powód jest dużo poważniejszy - zostałam wywołana przez Dizzy do wzięcia udziału w jakimś tam nowym łańcuszku o nazwie Liebster Blog ♥ . Bardzo mi miło, że ktoś o mnie pomyślał. 
Moje zdanie na temat tego typu łańcuszków jest mieszane i zależne od sytuacji. Z jednej strony uważam, że to typowe zapychacze blogowe, z drugiej - fajnie tak poczytać coś o ludziach, których recenzje czyta się na co dzień, coś innego od tekstów o książkach. To znakomity i bardzo miły sposób na poznanie siebie i swoich zwyczajów. Pomyślałam więc - czemu nie? ;) 
1. Co Cię skłoniło do założenia bloga?
Cóż, w zasadzie to nie do końca pamiętam powody, dla których założyłam bloga. Wiem, że chciałam składowisko moich myśli na temat książek, potrzebowałam ludzi, z którymi mogłabym porozmawiać o literaturze oraz zwyczajny spis przeczytanych przeze mnie. 
2. Jaka była najdziwniejsza reakcja społeczeństwa na to, że czytasz książki? 
Szczerze powiedziawszy, nie było żadnej interesującej reakcji - może przez chwilę szacunek, respekt, podziw, zdziwienie, czasem jęk ,,łeee, książki, nie lubię czytać". Dziwię się natomiast ludziom, którzy głoszą wszem i wobec, że tak, oni czytają, i że wszyyyyscy wokół się temu dziwią. Ja rzadko spotykam się z tym, że ktoś się reaguje w ten sposób - po prostu, gdy wkraczam w tematykę literatury, ludzie z udawanym zrozumieniem kiwają głowami i zmieniają temat, bo zwyczajnie nie mają nic do powiedzenia. 
3. Czy jest jakaś książka, która jest dla Ciebie szczególnie ważna? 
To trudne pytanie. Wszystkie książki są dla mnie bardzo ważne - to one pomagają mi zrelaksować się i rozwijają mnie intelektualnie. Są częścią mnie, dlatego myślę, że niesprawiedliwe byłoby wytypowanie jednej, najważniejszej. 
4. Co sądzisz o epidemii ,,paranormal romance"? 
Ee tam, epidemia od razu ;) To po prostu jeden z wielu podgatunków fantastyki, która widocznie się ludziom podoba, skoro jest na nią taki ,,szał" i tyle :) Ja też częściej lub rzadziej (raczej rzadziej) lubię zagłębić się w świecie wampirów i naiwnych, głupiutkich nastolatek. Co prawda z biegiem czasu odczuwam coraz mniejszą potrzebę sięgania po paranormale, ale jednak nie zgrywam kogoś, dla kogo tego typu utwory są ,,kijem nie dotknę". :)) 
5. W jaki sposób umilasz sobie czytanie? 
I tu po raz kolejny nie odpowiem wprost, bo myślę, że czytanie samo w sobie jest wielką przyjemnością i nie ma potrzeby go umilać :) Lubię przegryźć coś słodkiego podczas lektury, napić się czegoś gorącego, posłuchać spokojnej muzyki. 
6. Masz swoje motto życiowe lub ulubiony cytat? 
A mam, i to nawet z książek. 
Po pierwsze: 
 "Każdy ma coś do stracenia. My tylko musimy to odkryć. Dumę. Opętanie. Punkt widzenia. Człowiek może je stracić za jednym zamachem." ["Hiszpańska Mucha" - Will Ferguson]
Po drugie: 
"- Myślisz, że nie wolno bić dzieci? - Alicja spojrzała na mnie uważnie. - Bić? Co oznacza bicie? Jeśli moje dziecko chciałoby zwalić na siebie garnek z wrzątkiem, wierz mi, nie siliłbym się na tłumaczenia. Stłukłbym mu tak dupę, by wiedzieć, że nigdy nie zrobi już nic podobnego. Bo wolałbym, żeby miało siniaki od klapsów niż poparzenia trzeciego stopnia. - Czyli wolno bić dzieci? - Nie - odparłem mocno. - Nie wolno. Ale są wyjątki. Nieliczne. Takie jak ten z wrzątkiem. Alicja pokręciła głową z wyraźnym niezadowoleniem. - A nie sądzisz, że powinieneś raczej stłuc tyłek samemu sobie, że dopuściłeś takie malutkie dziecko blisko garnka? Że to twoja wina, bo nie dopilnowałeś? PRzecież co jest winien taki mały człowieczek, że jest ciekawy świata?" ["Alicja" - Jacek Piekara]
Po trzecie mam podejście, że niczego nie żałuję (niczym E. Piaf;) 
7. Czy jesteś od czegoś uzależniona? 
Od książek, jedzenia i picia ;) 
8. Preferujesz czytanie w domu czy na łonie  natury? 
Chyba wolę czytać w domu - jest mi wtedy najwygodniej. 
9. Czy chciałbyś wydać w przyszłości książkę? Jeśli tak to o jakiej tematyce? 
Nie czuję takiej potrzeby, aczkolwiek gdybym już miała coś wydawać, to zdecydowanie byłaby to książka przedstawiająca bunt młodych i coś o demoralizacji. 
10. Posiadasz jakiegoś futrzanego bądź jakiegokolwiek innego milusińskiego w domu? 
Panią przytulanką jest u mnie suczka Fiona, małych rozmiarów, ale o wielkim serduszku, która jest przeurocza. Poza tym mam papugę nimfę, chociaż jego milusińskim nie nazwę ;) 
11. Co sądzisz o wymianach książkowych? 
Sądzę, że to naprawdę fajna idea dla ludzi, którzy nie potrzebują pachnących nowością książek, a mają manię chomikowania. I nie tylko - to także dobry pomysł dla tych, którzy nie lubią bądź nie chcą sprzedawać swoich zbiorów, a dany utwór im się nie spodobał. Poza tym to tani sposób na zdobycie nowych egzemplarzy - za wysyłkę płacimy pięć złotych, a w dzisiejszych czasach za nowość - czterdzieści i więcej złotych. 

Wybaczcie, ale pójdę na łatwiznę i każdego, kto ma ochotę na udział w zabawie, zachęcam do odpowiedzenia na powyższe pytania, zadane mi przez Dizzy :) Mile widziane późniejsze linki w komentarzach. 
Jakie macie plany na weekend? Będziecie coś czytać, spędzicie ten czas z rodziną czy może jakiś inny pomysł na zagospodarowanie czasu? :) Pozdrawiam ciepło i życzę udanej soboty i niedzieli! 

czwartek, 8 listopada 2012

Philip K. Dick: ,,Galaktyczny druciarz"


Wydawnictwo: Rebis 1996
Język oryginału: amerykański 
Tytuł oryginału: 'Galactic Pot-Healer' 
Przekład: Cezary Ostrowski 
Liczba stron: 190 

Nierzadko sięgam po fantastykę - zazwyczaj są to lekkie książki fantasy, w których rzeczywistość miesza się z nierealnością. Prawdopodobnie nigdy jednak nie czytałam nic, co klasyfikowałoby się do science-fiction - a może po prostu nie odróżniam tych podgatunków. 
Jakie będzie życie za trzydzieści lat? 
Philip K. Dick to autor, którego żadnemu koneserowi literatury fantastycznonaukowej nie trzeba przedstawiać. Ten amerykański pisarz science-fiction nazwany kultowym i mającym znaczący wpływ na rozwój tegoż gatunku literackiego. Napisał wiele opowiadań, nowel oraz powieści, takich jak ,,Ubik", ,,Możemy cię zbudować", ,,Wyznania łgarza" i ,,Marsjański poślizg w czasie", znanych i docenianych na całym świecie. Kilkanaście jego dzieł doczekało się ekranizacji. 
2046 rok, Komunistyczna Republika Ludowej Ameryki. Joe Fernwright jest konserwatorem porcelany, obecnie, w dobie plastiku - bezrobotnym. W mieście całkowicie zawładniętym przez instancje, gdy powrócił komunizm, mężczyzna wpada w coraz większe tarapaty i zaczyna wpadać w nastrój odrętwienia, kiedy już nie ma się nic do stracenia. Pewnego dnia dostaje ryzykowną propozycję od Glimmunga - stworzenia nieokreślonego i bardzo potężnego. Postawiony przed wyborem - albo zostać złapanym przez władze, co skutkowałoby pozbawieniem wolności, albo zreflektować zapytanie Glimmunga i pomóc mu w wydobyciu starożytnej katedry z dna morza na innej, odległej planecie, Joe decyduje się na drugą opcję. 
,,Galaktyczny druciarz" (w późniejszym tłumaczeniu ,,Druciarz galaktyki") to moje pierwsze spotkanie z Philipem K. Dickiem. Mam mieszane wrażenia po lekturze tej książki, ale o tym nieco później. 
Utwór ten trudno zakwalifikować do jednego, niezmiennego gatunku literackiego - jest to bowiem osobliwa mieszanka fantasy, science-fiction, a przy tym, jak zdradza nam opis z okładki, filozofii i mitologii. Dodatkowo okraszona ironią i specyficznym poczuciem humoru, wzbudza w czytelniku różne emocje - od zdezorientowania, przez zainteresowanie, po rozbawienie. 
,,-Mnie Glimmung zdawał się bogiem - stwiedził Joe. - Jest taki potężny. 
-Bogowie nie spadają przez dziesięć pięter do piwnicy - zauważył robot. 
-Tak, to logiczne - przyznał Joe. '' [str. 114]
 Jak wspominałam, w ,,Galaktycznym druciarzu" znajdziemy nie tylko robotów, gadżety, które dla nas w tych czasach są niewyobrażalne, ale także elementy zagadnień ponadczasowych i filozoficznych, skłaniających do wielokrotnych refleksji. Jak to w fantastyce bywa, postacie są realne - mają nasze ludzkie usposobienie, tok myślenia. 
,,Człowiek jest upadłym aniołem, pomyślał Joe Fernwright. Kiedyś wszystkie anioły były jednakowe. W czasach, gdy miało się szansę wyboru między dobrem a złem, łatwo było być aniołem. Ale potem coś się stało. Coś nawaliło, zepsuło się, pękło. I anioły stanęły już nie przed wyborem dobra czy zła, ale mniejszego zła. To zamieniło ich w ludzi." [str. 50]
Znawcy i miłośnicy literatury napisanej przez Dicka zgodnie twierdzą, iż ,,Galaktyczny druciarz" to powieść inna od pozostałych wywodzących się z dorobku tego autora, a także że nie jest ona dobrym utworem na zapoznanie się z nim. Być może to prawda, mnie jednak ta książka zachęciła do dalszego poznawania dzieł pisarza. Uważam, że ,,Galaktyczny druciarz" jest niebagatelny, mądry, metaforyczny oraz dosyć wciągający. Mimo to z przykrością przyznaję, iż ostatnie czterdzieści stron niewiarygodnie mnie znudziło - miałam wręcz ochotę porzucić lekturę w kąt. 
Przymykając oko na tę końcową niedogodność myślę, że ,,Galaktyczny druciarz" to powieść  godna polecenia - chociażby dlatego, iż warto poznać pióro kogoś, kto określany jest jako kultowy pisarz science-fiction. 
 
 
 

poniedziałek, 5 listopada 2012


Kiedy zrecenzowałam ,,Jesteś bogiem", moi Czytelnicy okazali zadowolenie z tego pomysłu, z czego ogromnie się cieszę. Postanowiłam więc, że od czasu do czasu będę pisała o  film.
Na ,,It's kind of a funny story" (,,Całkiem zabawna historia") trafiłam zupełnym przypadkiem. Przeglądając facebook'owe śmietki zobaczyłam to -> zdjęcie, które zachęciło mnie do sięgnięcia po całość.
Piętnastoletni Craig (Keir Gilchirst) cierpi na depresję i od dawna ma myśli samobójcze. Szukając ucieczki od problemów, dobrowolnie prosi o - ba! domaga się - zapisania na oddział psychiatryczny. Zgłoszenie zostaje pozytywnie rozpatrzone, a przyjęty już chłopak poznaje na swojej drodze wielu wspaniałych ludzi - dorosłego (bo oddział dziecięcy akurat w remoncie) już Bobby'ego (Zach Galifianakis) i kilkunastoletnią Noelle (Emma Roberts). W ciągu obowiązkowych pięciu dni pobytu Criag zmienia swój światopogląd i zaczyna dostrzegać promyki słońca wydostające się zza szaroburych chmur. 
Na początku było dziwnie. No bo jak to, piętnastolatek, dla którego apogeum szczęścia byłaby śmierć, zgłasza się na oddział psychiatryczny? Dobrowolnie? Szczerze mówiąc, gdybym była na jego miejscu, unikałabym takich miejsc jak diabeł wody święconej. Starałam się być jednak wyrozumiała - może dzieciak miał być wyjątkowo inteligentny i dlatego ruszył głową, a nie sznurem (wybaczcie czarny humor;) albo nagle zaczął odczuwać, że stracił kontrolę i po prostu musiał coś z tym zrobić. 
Po upływie kolejnych minut filmu zmieniłam nieco zdanie na ten temat. Dałam się wciągnąć, pozwoliłam czarowi ,,It's kind of a funny story" zapanować nad moim umysłem. Film ten ma bowiem swój osobliwy urok - mimo smutnej, a nawet przerażającej tematyki miał w sobie tyle ciepła, pozytywnych emocji, humoru i mądrości, ile nie ma żadna komedia romantyczna. Ta dowcipna, dająca do myślenia opowieść o dorastaniu znacznie poprawia samopoczucie i pozwala uwierzyć, iż nawet z najgorszej sytuacji można znaleźć wyjście, ale tylko, jeśli się tego chce. 
,,Ten, kto nie jest zajęty rodzeniem się, jest zajęty umieraniem."
Tę mądrą sentencję rozesłałam sms'em do najbliższych znajomych, zapisałam sobie na dużej kartce, a nawet, co zdarza mi się wyjątkowo rzadko, opublikowałam na swoim facebook'owym profilu. Należy bowiem pamiętać, że w życiu nie da się stać w miejscu - albo rozwijamy się, albo cofamy. Co wybierzesz? 



sobota, 3 listopada 2012

Erin Morgenstern: ,,Cyrk Nocy"


 Wydawnictwo: Świat Książki 2012 
 Język oryginału: angielski
 Tytuł oryginału: ,,The night circus" 
 Przekład: Patryk Gołębiowski
 Liczba stron: 430 

Witaj. Być może przechodziłeś tędy przypadkiem, a może Twoja intuicja wyczuła przygodę i skierowała Cię tutaj. Nieważne jak, ważne, że już tu jesteś - i  nie wyjdziesz prędko, możesz mi wierzyć. 
W czarno-białym Le Cirque des Reves czeka Cię wiele niespodzianek. O niektórych z nich nawet nie śniłeś, chociaż Twoja wyobraźnia jest bardzo rozwinięta. Od dziś będziesz miał okazję wędrować po Lodowym Ogrodzie, szybować wśród gąszczu chmur, oglądać popisy utalentowanych akrobatów. Zobaczysz, jak pewna dziewczynka i chłopiec oddziałują na małe, urocze kocięta, a także, jak kobieta-guma bez trudu mieści się w przezroczystym pudełku wielkości skrzynki na listy. Zapoznasz się nawet z samą iluzjonistką, od której nie będziesz mógł oderwać wzroku. To, co wydaje Ci się być niemożliwe, w tym cyrku stanie się urzeczywistnione. Pamiętaj - możesz tu przyjść tylko w nocy i radzę Ci, nie łam tej zasady, bo zostaniesz wykrwawiony. 
Magia. To chyba najlepsze słowo, jakie opisuje tę książkę, a jednocześnie to za mało. Nie da się oddać klimatu ,,Cyrku nocy", bo skosztować tej delicji może tylko ten, kto zagłębi się w lekturę. 
Le Cirque des Reves, w którym byłam przez dwie ostatnie noce, zachwyci Cię - gwarantuję. To klimat, w którym utoniesz - to świat nierzeczywisty, w którym wszystko jest rzeczywiste [spostrzegawczy czytelnicy wiedzą, skąd to zdanie]. Ja całkowicie poddałam się cyrkowcom, choć to chyba nie najlepszy sposób na nazwanie wszystkich niesamowitych, wyjątkowych, osobliwych postaci, z jakimi miałam przyjemność spędzić ten czas. Iluzjonistka Celia, asystent Marco, bliźnięta Szkrab i Gizmo, kobieta-guma. Oni oraz reszta artystów tworzą cyrk, jakiego nie zapomnicie do końca życia. Cyrk, który Was uzależni i nie pozwoli odejść nawet na minutę. 
Nie wiem, co mogę napisać o ,,Cyrku nocy" - a taka bezradność bardzo rzadko mi się zdarza. Zostałam zaczarowana, nie ma innej opcji. Ten dziewiętnastowieczny obraz na zawsze zostanie w mojej pamięci i chciałabym, abyście i Wy skusili się na podróż po cyrku. Zachęca sama okładka, przepiękna, jak zresztą całe wydanie. Nawet opis namawia Was, żebyście zagłębili się w lekturze i pozwolili sobie na chwilę rozluźnienia, bezkresnego wędrowania od namiotu do namiotu, każdego w czarno-białe paski. Zmysł smaku zadowólcie czekoladowymi myszami i cynamonowymi ciastkami, węch - aromatem karmelu i czegoś jeszcze, czego nie potraficie określić; umysł zaś niech rządzi się własnymi prawami, niech odda się magicznej atmosferze. 
Cyrk ten nie ma nic wspólnego ze sztampowymi klaunami, słoniami i wielbłądami, które nikogo wymagającego nie śmieszą. 
Cyrk pomaga zapomnieć o problemach, oderwać od rzeczywistości. 
Cyrk zachwyca. 
Polecam. 

czwartek, 1 listopada 2012

Maureen Lee: ,,Nic nie trwa wiecznie"


 Wydawnictwo: Świat Książki 2012
 Język oryginału: angielski
 Tytuł oryginału: 'Nothing las forever'
 Przekład: Ewa Morycińska-Dzius
 Liczba stron: 366

Życie jest złożone z wielu niespodzianek, nieoczekiwanych wydarzeń, przeciwności losu. Jednego dnia osiągamy apogeum szczęścia, a następnego - staje się coś, co na zawsze odmienia naszą egzystencję. Możemy rano być najlepszym przykładem zdrowia, a wieczorem - wpaść pod samochód. W każdej chwili istnieje możliwość, że potkniemy się i przewrócimy, nie złapiemy się w porę i spadniemy. 
Maureen Lee to angielska autorka wielu powieści obyczajowych, głównie dla kobiet. Polscy czytelnicy znają ją głównie z ,,Matki Pearl" i ,,Wrześniowych dziewczynek". 
Brodie to dojrzała, czterdziestoletnia kobieta, której do tej pory wszystko układało się, jak należy. Ma przystojnego męża, dwójkę dorosłych dzieci. To tylko pozory ideału - jej córka to narkomanka i Brodie nie ma pojęcia, gdzie się znajduje od kilku miesięcy. Stosunki z Colinem także zaczęły się psuć - partnera nie obchodzi już życie własnego dziecka. Brodie podejmuje ciężką decyzję i przeprowadza się do wielkiego domu - Kasztanów, który dostała od matki dawno temu, a który przez długi czas wynajmowała. 
Vanessa jest młodą, inteligentną dziewczyną, nieco jednak apodyktyczną i traktującą ludzi z góry. W dniu swojego ślubu jej narzeczony ją porzucił, przez co zaczęła tyć. Po kilku miesiącach stała się kobietą z potężną nadwagą. W ramach odchudzania i pokonania dręczącej ją depresji, Vanessa na rok wprowadza się do Kasztanów
Diana jako osiemnastolatka została porzucona przez matkę z trzema młodszymi braćmi. Teraz, jako dwudziestopięciolatka, jest osobą przesympatyczną, uroczą, zawsze pomocną i energiczną, chociaż trochę naiwną. Podjęła decyzję o przeprowadzce do Kasztanów, bo we własnym domu zaczęła czuć się jak piąte koło u wozu. 
Rachel, ostatnia już lokatorka Kasztanów, to najmłodsza z czwórki kobiet. Ma zaledwie piętnaście lat i jest mamą małej, słodkiej Poppy. Uciekła z domu ze strachu przed szukającymi jej ludźmi, którzy chcą odebrać jej dziecko. Jedynym wsparciem dla Rachel jest jej szesnastoletni chłopak, za którego wkrótce planuje wyjść za mąż. 
Między kobietami z biegiem czasu tworzy się silna i nieprzerwana więź - każda uczy się czegoś od drugiej, każda sobie pomaga i wspiera. Wszystko jednak ma swój koniec, bowiem nic nie trwa wiecznie. 
,,Nic nie trwa wiecznie" to dojrzała, przyjemna, pełna ciepła książka właśnie o, jak napisałam w pierwszym akapicie, przeciwnościach i przewrotach losu. Każda z powyższych kobiet została ofiarą czarnych żartów przeznaczenia. Sztuką jest, aby przyjąć te kawały z uśmiechem na twarzy - nawet udawanym. Nawet w trudnych momentach nie możemy sobie pozwolić na załamania. 
Powieść Maureen Lee bardzo mi się podobała i wciągnęła do tego stopnia, że przeczytałam ją w dwa wieczory. W ponurym okresie jesieni i zimy ,,Nic nie trwa wiecznie" nadaje się do czytania doskonale - poprawia nastrój, wywołuje uśmiech na twarzy i pozwala uwierzyć w siebie. Poza tym spełnia rolę znakomitego czytadła, daje odprężenie. 
Irytowała mnie jedna z głównych bohaterek, a mianowicie Diana ze swoim niewinnym, idealnym, anielskim charakterem, która była tak dobra, że chciała pomóc wszystkim na świecie. Wydawała się być zbyt czysta, a przy tym naiwna jak owca. Myślę, że autorka przesłodziła tę postać - co za dużo, to niezdrowo! 
Pozostałe bohaterki wykreowane przez Mareen Lee sprawiały przyjemne wrażenie, poza aspołeczną  początkowo Vanessą, ale nie mam prawa się dziwić jej zachowaniu. Najbardziej do gustu przypadła mi właścicielka Kasztanów, Brodie - odpowiedzialna, rozsądna i niesztampowa postać. 
,,Nic nie trwa wiecznie" mogę polecić szczególnie kobietom - warto zanurzyć się na chwilę w tej książce niczym w ciepłym kocu. Na jesień - pozycja idealna. 


wtorek, 30 października 2012


Wydawnictwo:  Kobra Media 2010 
Język oryginału: polski 
Liczba stron: 398

Każdy kraj ma swojego pisarza, który stanowi niemalże współczesny symbol literatury detektywistycznej i sensacyjnej. Ameryka słynie z Cobena, Kinga i Grahama, Szwecja z Henninga Mankella, a Polska - z Joanny Chmielewskiej. Można to stwierdzić na podstawie dwóch znaczących faktów: primo, każdy zna tę panią, secondo, wielu ją uwielbia. 
Bo, dla wyjaśnienia, kto nie zna Chmielewskiej, palec w górę. Nikt? Cisza na sali? Widzicie, miałam rację. 
Ja, jako miłośniczka kryminałów i mniej zapalona amatorka współczesnej literatury polskiej, musiałam, no po prostu musiałam sięgnąć po coś pochodzącego z dorobku Joanny Chmielewskiej. Będąc w bibliotece, wzięłam byle co, coś o nieboszczykach i kompasem na okładce. Pewnego wieczoru, spragniona nowych, sensacyjnych doznań, zaczęłam czytać ,,Całe zdanie nieboszczyka". 
Podczas nielegalnej gry w ruletkę, którą zakończyła niespodziewana wizyta policji (zgiełk, zamieszanie i chaos), konający człowiek wypowiada kilka szyfrowanych słów do Joanny, myląc ją z kimś innym. Kobieta nigdy by się nie spodziewała, że to zdradzone jej zdanie będzie miało bardzo poważny, niebezpieczny odczyn. Zostaje porwana i przetransportowana do Brazylii, gdzie zgraja bandziorów na wysokim szczeblu próbuje wymusić od niej ten właśnie szyfr. Jednakże to dopiero początek szalonych perypetii Joanny - jazda bez trzymanki gwarantowana. 
Cechą, która od razu rzuciła mi się w oczy już po pierwszej stronie ,,Całego zdania nieboszczyka", jest niesamowity styl, jakim została napisana książka. Niepretensjonalny, oryginalny, lekki i bardzo zabawny. To chyba jedna z największych zalet Joanny Chmielewskiej. Myślę, że wielu pisarzy pozwoliłoby sobie uciąć język, odebrać połowę dorobku i przy okazji wyłysieć, aby pisać tak jak ta pani. 
,,Całe zdanie nieboszczyka" to nie jest taki zwykły kryminał, bo trupów tu niewiele (poza jednym, tytułowym, najbardziej znaczącym), krew się wcale nie leje hektolitrami, nie ma też miejsca zbrodni, szukania dowodów i syzyfowego, żmudnego śledztwa. Jest to raczej powieść przygodowo-detektywistyczna - i jak poważnie brzmi, w przeciwieństwie do treści! 
Definitywnie warto sobie umilić dzień bądź wieczór tą lekturą. Mam tylko jedno ostrzeżenie - nie radzę czytać ,,Całego zdania nieboszczyka" Chmielewskiej w żadnym miejscu publicznym. Raptowne wybuchy śmiechu są gwarantowane, a inni na pewno będą w takim wypadku spoglądać na Was jak na wariatów. Polecam!

poniedziałek, 29 października 2012

W listopadzie będzie co czytać

Tradycyjnie już, pod koniec/na początku miesiąca umieszczam tu zapowiedzi książkowe na nadchodzący okres. Mamy jesień, a wiadomo, że wtedy najlepiej się czyta - jest zimno, więc nie chce się wychodzić z domu. Jest sennie, więc człowiek marzy o rozłożeniu się w ulubionym fotelu z książką i kubkiem gorącego napoju. Wydawcy to wiedzą i z tego względu jesień to chyba najbardziej obfita pora roku,jeśli chodzi o wydawanie książek. ;) 
A co wydawnictwa szykują w listopadzie? 

Jodi Picoult: ,,Pół życia" 
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 
Premiera: 6.11.2012
Najnowsza powieść autorki międzynarodowych bestsellerów!
Picoult po mistrzowsku zgłębia naturę rodziny: miłość oraz siłę – i cenę, jaką czasem trzeba za nie zapłacić.
Luke Warren jest badaczem wilków. Pisze o nich, studiuje ich zachowania, a kiedyś nawet z nimi zamieszkał. Pod wieloma względami są mu bliższe niż własna rodzina, z którą właściwie nie ma kontaktu, odkąd żona go rzuciła, a syn Edward wyjechał. 
Niespodziewanie Luke zostaje ciężko ranny w wypadku samochodowym, a wraz z nim siostra Edwarda, Cara. Nagle wszystko się zmienia: Edward musi wrócić do domu, który opuścił przed laty, i razem z siostrą podjąć decyzję co do leczenia ojca. Nie ma łatwych odpowiedzi, za to pojawiają się pytania: jakie tajemnice skrywa przed sobą rodzeństwo? Co stoi za pragnieniem, by pozwolić ojcu umrzeć… lub utrzymać go przy życiu za wszelką cenę? Czego życzyłby sobie sam Luke? I przede wszystkim, na ile zapomnieli to, o czym zawsze pamięta wilk: że członkowie stada potrzebują siebie nawzajem, a przetrwanie czasem idzie w parze z ofiarą?

Rexanne Becnel: ,,Złodziejka mojej córki" 
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Premiera: 20.11.2012
Czy można się pogodzić ze śmiercią dziecka i wybaczyć osobie, która ją spowodowała?
Diane nie potrafi zapomnieć swojej córki, ani wybaczyć Robercie Fenner, przez którą ją straciła. Sześć lat po wypadku Diane odkrywa, że Roberta ma ponownie trafić do więzienia, zostawiając swoją czteroletnią córkę pod opieką państwa. Diane nie ma wątpliwości: zabójczyni Alyssy jest jej winna dziecko. Nie spodziewa się, że pokocha Lisę jak własną córkę. 
Roberta nigdy nie przestała kochać córki ani nie pozbyła się poczucia winy z powodu zaniedbań w roli matki. Po wyjściu z więzienia rozpoczyna poszukiwania Lisy. Zawsze wyobrażała sobie, że jej córka trafiła pod opiekę porządnych ludzi, których życia nie zamierza burzyć. Gdy jednak dowiaduje się, że adopcyjną matką Lisy została kobieta, na której córkę sprowadziła śmierć, zaczyna się obawiać najgorszego. Czyżby Diane szukała zemsty kosztem bezbronnego dziecka?

Roberto Bolano: ,,2666" 
Wydawnictwo: Muza S.A. 
Premiera: 7.11.2012
Pisząc 2666, Bolano zapewne zdawał sobie sprawę, że umiera. Dlatego warto czytać tę książkę jak testament pisarza, który zna swoją wartość i wie, co ma do przekazania światu. Ale jako mistrz niedopowiedzenia i otwartych zakończeń nie komunikuje tego wprost. Musimy sami zrozumieć, jaka ukryta logika łączy badacza nieeuklidesowej geometrii, na poły mitycznego niemieckiego pisarza i okrutne morderstwa kobiet na pograniczu meksykańsko-amerykańskim. 

E.L.James: ,,Ciemniejsza strona Greya"
Wydawnictwo: Sonia Draga
Premiera: 7.11.2012
Młodziutką studentkę Anę Steele i charyzmatycznego miliardera Christiana Greya połączył niecodzienny układ, który z czasem przerodził się w coś znacznie głębszego. Jednak demony Greya zwyciężyły, Ana zerwała uzależniający związek i zajęła się karierą.
Rozstanie okazuje się bolesne. Ogarnięci obsesyjną tęsknotą kochankowie nie potrafią bez siebie żyć. Kiedy więc Christian proponuje Anie zupełnie nowy układ, dziewczyna nie potrafi mu odmówić. Wkrótce zaczynają uczyć się siebie nawzajem. Christian walczy z wieczną potrzebą kontroli i stopniowo oswaja drzemiące w nim demony. Ana uczy się życia w luksusie i bronienia własnej niezależności. Kiedy wydaje się, że świat miłości, pasji i nieskończonych możliwości stoi przed nimi otworem, ciemne chmury gromadzą się nad luksusowym wieżowcem, w którym mieszkają…

E-E. Schmitt: ,,Kobieta w lustrze"
Wydawnictwo: Znak 
Premiera: 2.11.2012
Życie to coś więcej.
Więcej niż rola do odegrania. Niż religia i konwenanse. Więcej niż mąż i dziecko. Pieniądze i sława.
Trzy kobiety. Gwiazda filmowa, mistyczka, arystokratka zafascynowana psychoanalizą.
Na pozór dzieli je wszystko.
Łączy obsesyjna myśl, że muszą porzucić swoje dotychczasowe życie i odnaleźć to, co naprawdę ważne.
Eric-Emmanuel Schmitt, zdobywca nagrody literackiej Goncourtów 2010, zabiera czytelników w niezwykłą podróż przez czas i historię, by przedstawić losy fascynujących kobiet. W swej najnowszej powieści z wrażliwością filozofa i pasją wytrawnego detektywa zgłębia tajemnice kobiecej duszy. 
W tym lustrze może się przejrzeć każda z nas.  

Kamil Janicki: ,,Pierwsze damy II Rzeczpospolitej"
Wydawnictwo: Znak 
Premiera: 2.11.2012
Maria wywołała skandal bez precedensu. Prezydent Polski poślubił młodszą o 28 lat kobietę. I to kogo! Żonę własnego adiutanta i sekretarkę swojej pierwszej małżonki, która zmarła zaledwie kilka miesięcy wcześniej! 
Michalina w młodości własnoręcznie konstruowała bomby i dobrze wiedziała, czego oczekuje od życia. Gdy jej mąż odrzucił propozycję objęcia urzędu prezydenta, wystarczył jej jeden telefon. Natychmiast zmienił zdanie i potulnie zgodził się na wszystko. 
Mąż rewolucjonista porzucał Marię na długie miesiące. Ona nie zamierzała przejmować się rolą pierwszej damy. Zawsze i każdemu mówiła prawdę prosto w oczy. Czy to jej scysja z adiutantem marszałka Piłsudskiego doprowadziła do zamachu stanu i rozlewu krwi?
Pierwsze damy II Rzeczpospolitej. To one uosabiały magię, czar i elegancję dwudziestolecia międzywojennego – Polski utraconej dla nas na zawsze.

Andrzej Pilipiuk: ,,Trucizna" 
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Premiera: 5.11.2012
Najbardziej rozpoznawalny bohater ostatnich lat, bezczelny dziadyga, terminator napędzany samogonem, człowiek, który nie przepuści ni martwemu, ni żywemu, wraca 
w kolejnej odsłonie.
Oto Polska widziana z perspektywy „chłopa do kości”. Jest naprawdę ostro - ginie sztuczna szczęka, gorzałkę wychlewają zombiaki, a diabeł proponuje partyjkę pokera.
Oto „Trucizna”, którą osobiście destylował Andrzej Pilipiuk. Specyfik nie posiada atestu PZH. Spożywany w dowolnej ilości silnie uzależnia. Powoduje wizje, omamy oraz ataki niekontrolowanego śmiechu.

Marek Huberath: ,,Portal zdobiony posągami"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Premiera: 23.11.2012
To z pewnością nie jest zwyczajny gmach. 
W jego piwnicach, za metalowymi drzwiami płoną ludzie. Powieszeni za stopy. Inni siedzą w wannach pełnych odpadków. To piekło? A może czyściec? 
Jaką rolę w tym koszmarze odgrywa diabli malarz, Quinten van den Cuyperen? Ioanneos musi się tego dowiedzieć. Być może od gigantycznych, chodzących posągów albo metalowych szkieletów. Musi także odzyskać miłość... Zanim sam zamieni się w proch.

 Jarosław Grzędowicz: ,,Pan Lodowego Ogrodu t.4"
 Wydawnictwo: Fabryka Słów
 Premiera: 30.11.2012
Ten cykl to właściwie jeden wielki, literacki popis możliwości kreacji współczesnego pisarza popkulturowego. Faszerowany efektami blockbuster z przesłaniem sprowadzony do postaci książki. Perspektywa opisu zmieniająca się w zależności od tempa akcji, wielotorowa fabuła, słowa kreślące dziwaczny, szalony wręcz obraz rodem z sennych widziadeł Hieronima Boscha. Supertechnologia w bezpardonowym pojedynku z magią. Akcja gna przez świat, który nie jest jedynie płaską dekoracją służącą za tło zmagań herosów. Odkrywamy skomplikowany mechanizm z barierami kulturowymi, obsesjami i pragnieniami, który zachowuje prawo do istnienia i funkcjonowania nawet bez galerii pierwszoplanowych postaci.
To już nie jest tylko forma rozrywki. Jarosław Grzędowicz błyskotliwie udowadnia, że uniwersalnym popowym kodem pisarz może mówić o rzeczach fundamentalnych i prowokować do wyciągania wniosków.
Taki jest Pan Lodowego Ogrodu. Porywająca opowieść o konsekwencjach popełnionych czynów.

 Wojciech Chmielarz: ,,Podpalacz"
 Wydawnictwo: Czarne
 Premiera: 8.11.2012
Warszawa, środek mroźnej zimy. W spalonym domu leży ciało zamor­dowanego biznesmena, a jego ciężko poparzona żona walczy o życie w szpitalu. Komisarz Jakub Mortka ma nadzieję, że to gangsterskie porachunki albo przypadkowe zaprószenie ognia. Niestety wkrótce wie już, że trafił na seryjnego podpalacza, który krąży po mieście z koktajlami Mołotowa. Mortka musi odłożyć na bok osobiste problemy i z całą energią poświęcić się śledztwu. Trzeba powstrzymać szaleńca, zanim zginą następni ludzie… Świetny policyjny kryminał ze współ­czesną Warszawą w tle.
Melinda Nadj Abonji: ,,Gołębie wzlatują" 
Wydawnictwo: Czarne
Premiera: 13.11.2012
Zanim Ildikó Kocsis z rodzicami i siostrą wyemigrowała do Szwajcarii, należała do węgierskiej mniejszości zamieszkującej serbską prowincję Wojwodinę. Tam została jej ukochana babcia Mamika i inni krewni, których Kocsisowie odwiedzają przy okazji kolejnych wesel i pogrzebów. Jednak te sentymentalne podróże ustają wraz z początkiem wojny w Jugosławii. Gdy władze zmuszają wojwodinskich Węgrów do walki o Wielką Serbię, Ildikó musi wreszcie zadać sobie pytanie, czy dawno opuszczony kraj może nadal nazywać swoją ojczyzną.
Tymczasem Kocsisowie coraz lepiej radzą sobie w Szwajcarii. Kiedyś mieli pralnię, teraz prowadzą kawiarnię w centrum miasteczka. Otrzymali szwajcarskie obywatelstwo i zostali zaakceptowani przez lokalną społeczność. Ale czy na pewno? Ildikó czuje, że niektórzy sąsiedzi z trudem ich tolerują i nigdy nie zobaczą w nich prawdziwych Szwajcarów. Sama zresztą nie jest pewna, czy kiedykolwiek będzie potrafiła poczuć się tu jak w domu… 

Henryk Grynberg: ,,Monolog polsko-żydowski"
Wydawnictwo: Czarne
Premiera: 7.11.2012
Henryk Grynberg w Monologu polsko-żydowskim po raz kolejny podejmuje problem Holokaustu. Zbiór eseistyki, na który składają się teksty pochodzące z różnych lat, sięga do współczesnych dziejów totalitaryzmu, jego korzeni i potwornych skutków, takich jak Szoa, i analizuje wydarzenia, które odcisnęły swe piętno na całym XX wieku. Po tragedii 11 września 2001 r. Autor z nowej perspektywy spogląda na współczesny świat polityki i kultury, na jego duchowy klimat, na polityczną hipokryzję i wybiórczą pamięć. W jednym z esejów mówi m.in. o „rozkładzie moralnym poholokaustowej Europy”, trwałym i ciągle widocznym, zamazującym obraz współczesności..

Co Was interesuje najbardziej? :) 

środa, 24 października 2012

Franz Kafka: ,,Przemiana"


Wydawnictwo: - (czytane jako wydruk) 
Język oryginału: niemiecki 
Tytuł oryginału: ,,Die Verwandlung" 
Liczba stron: 49 (w formacie A4) 

Kto, chociażby z czasów licealnych, nie słyszał o Franzie Kafce, autorze słynnego ,,Procesu"? Ten niemieckojęzyczny pisarz pochodzenia żydowskiego zasłynął ową powieścią w takim stopniu, że do dziś wspominana jest ona w szkole średniej - ,,Proces" to lektura, o ile mnie pamięć nie myli, obowiązkowa. W swych utworach Kafka rozprawiał o wyobcowaniu i konflikcie zniewolonej jednostki z anonimową instancją, a pisał o tym groteskowo, absurdalnie, parabolicznie, niejednoznacznie. 
Wyobraźcie sobie, że pewnego, najzwyklejszego w świecie poranka budzicie się nie w ludzkiej postaci, ale w... zwierzęcej, mianowicie w ciele oślizgłego, wstrętnego robaka. Jaka byłaby Wasza reakcja na tę, niemożliwy wprawdzie, zmianę? Albo może: na tę przemianę? 
Gregor Samsa, jedyny żywiciel rodziny, żyjący dla pracy, pracujący po to, aby żyć, znalazł się właśnie w takiej sytuacji. Pewnego dnia obudził się w ciele owada, a, co śmieszniejsze, mimo to jego pierwszą myślą wciąż było zamartwianie się o to, że spóźni się na autobus. Gregor, wskutek tej zaskakującej metamorfozy, rozpoczyna swe zwierzęce życie, które jednak prowadzi z umysłem człowieczym, mając nadzieję na szybką zmianę postaci - być może nagłą pobudkę, po której będzie z wstydliwym śmiechem wspominał, jak to uwierzył w  ten jakże realistyczny sen. Niestety. Mijają dni, tygodnie, a Gregor samotnie błąka się całymi dniami po ścianach i suficie jedynego pokoju, a jego rodzina omija go szerokim łukiem. 
Książka Kafki wywołała wiele dyskusji, najróżniejsi literaturoznawcy do dziś, choć minęło równe sto lat od napisania jej, zastanawiają się, co też autor mógł mieć na myśli. Nawet sam Vladimir Nabokov stworzył esej dotyczący ,,Przemiany" - różne refleksje autora ,,Lolity", niektóre wręcz wykraczające zakres informacji podanych przez Franza Kafkę (na przykład rysunek żuka ze skrzydłami - Kafka ani razu nie nazwał przemienionego Gregora żadnym konkretnym owadem. Samsa był po prostu robalem). 
Ja uważam, iż ta ponadczasowa opowieść o wyalienowaniu tak naprawdę dotyczy nas wszystkich. Miałam dziś okazję odbyć rozmowę na jej temat, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że ,,Przemiana" porusza kwestie odizolowania wyróżniającej się jednostki od tak zwanego ogółu. Rzecz jasna, to owa instancja izoluje - bo przecież inne jest złe, ohydne, budzące wstręt. Kafka w symboliczny sposób zaprezentował nam, jak funkcjonuje społeczeństwo - zarówno kiedyś, jak i dziś. 
Zdecydowanie warto zagłębić się w  to krótkie, bo zaledwie pięćdziesięciostronicowe opowiadanie. Styl Franza Kafki jest bardzo przystępny, a  lektura sprawia czystą przyjemność. To zdumiewające, jak wiele refleksji może wzbudzić opowieść o tym, co teoretycznie wiemy, a jednak o tym nie rozmawiamy. Polecam!

wtorek, 23 października 2012

Już kilka miesięcy temu odkryłam pewien cudowny zespół klasyfikujący się do post-rocka, chociaż w niezbyt oczywisty sposób. Mowa o Hungry Ghosts , którego utwory wytrwale towarzyszą mi podczas lektury. A dlaczego? Jest to muzyka bez słów, gdzie główną rolę grają skrzypce, co nie przeszkadza mi w czytaniu, a nawet - pomaga mi się skupić i pozytywnie działa na wyobraźnię. Poza tym na okres jesienny Hungry Ghosts nadają się jak znalazł. Zresztą, posłuchajcie sami. 

I don't think about you anymore, but I don't think about you anyless

Three Sisters

wtorek, 16 października 2012


Wydawnictwo: Świat Książki 2012 
Język oryginału: angielski 
Tytuł oryginału: ,,Darkness Visible. A memoir of madness"
Przekład: Jerzy Korpanty 
Liczba stron: 127

Depresja, cóż to takiego? Czy nazwanie jej ,,chorobą psychiczną" jest poprawne, sprawiedliwe, czy może to pójście po linii najmniejszego oporu? Myślę, że to pojęcie oraz jego prawdziwość i potęgę mogą w pełni zrozumieć jedynie ludzie, którzy mieli z nim bezpośredni stosunek. Naukowe książki nie wyjaśnią nam, jak ogromne potrafi być cierpienie człowieka nękanego przez depresję, albo, jak mówił William Styron, burzę mózgu (nie mylić z burzą mózgów). Lekarze umieją jej zaradzić, ale tak naprawdę znają tylko teoretyczną stronę tej choroby. 
William Styron to amerykański autor książek takich jak ,,Wybór Zofii" czy ,,Hawany w Camelocie". Był laureatem Nagrody Pulitzera w 1968 roku za utwór ,,Wyznania Nata Turnera". 
W ,,Ciemności widomej" mamy okazję poznać tego pisarza z zupełnie innej od encyklopedycznych notatek strony. Jest to esej, autobiografia oraz melancholijna i refleksyjna opowieść o tym, jak trudne jest wyjście z cienia, odnalezienie sensu życia i odzyskanie wiary we własne istnienie. Styron napisał dzieło bardzo osobiste, mówiące bowiem o nim samym i o jego chorobie - przez długi czas ten Amerykanin cierpiał na depresję w głębokim stadium. Pierwotnie esej ten był opublikowany w ,,Vanity Fair" w 1989 roku, jednakże wersja książkowa jest znacznie bardziej rozbudowana. 
Głównym bohaterem tej książki nie jest ani, człowiek ani literatura, jak można by się spodziewać po autobiografii pisarza. Najistotniejszą rolę odgrywa tu depresja, bo to na niej skupia się William Styron. Opowiada o niej w sposób do bólu szczery - przelewa na papier swoje emocje, cierpienia i żale. Opisuje, jak ciężkie jest zmaganie się z tą chorobą. ,,Ciemność widoma" nie jest jednak utworem w pełni pesymistycznym - w końcowej części i, moim zdaniem, kluczowej, dowiadujemy się, iż każdy ma szansę na odzyskanie zdrowia psychicznego. Jest to zatem dzieło, które na początku lektury przygnębia, a następnie pokazuje, że nawet z najtrudniejszej sytuacji istnieje wyjście; w najdłuższym i najgłębszym tunelu możemy znaleźć światło. Metaforycznie, światło nadziei. 
,,Depresja jest zaburzeniem afektywnym, tak tajemniczo bolesnym oraz w tak nieuchwytny sposób objawiającym się jaźni - intelektowi, który pełni funkcję mediatora - że opisanie jej słowami graniczy z niemożliwością." 
Język, jakim został napisany ten esej, jest trudny, a lektura zmusza nas do myślenia. Uważam więc, że jako książka ,,na jeden wieczór", ,,Ciemność widoma" nie usatysfakcjonuje - przynajmniej nie każdego czytelnika. Wręcz przeciwnie - książką tą trzeba się delektować, smakować ją, aby maksymalnie ją poczuć. 
,,[...]choć alkohol, o czym wszyscy zapewne wiedzą, działa silnie depresyjnie na ośrodkowy układ nerwowy, na mnie w czasach, kiedy spożywałem go w dużych ilościach, nigdy tak nie działał; działał natomiast jak tarcza chroniąca mnie przed niepokojem. Kiedy nagle zniknął, straciłem zaufanego i potężnego sojusznika, który od tak dawna trzymał moje demony na bezpieczną odległość, i teraz już nic nie broniło owym demonom, by zaczęły wypełzać z podświadomości na powierzchnię, a ja byłem emocjonalnie nagi, jak nigdy dotąd podatny na zranienie. " 
W ,,Ciemności widomej" znajdziemy całą plejadę pięknych, skłaniających do refleksji metafor, które odnoszą się głównie do depresji. Styron pokazuje bogactwo językowe oraz jego różnorodność, na wszelkie sposoby nim manewrując. 
Czytałam ten esej o depresji przy muzyce Joy Division, aby lepiej się w niego wczuć. Pomogło. 
,,Ciemność widoma" to dzieło bardzo bezpośrednie i prawdziwe. Polecam wszystkim koneserom.