piątek, 4 kwietnia 2014

Stephen Grosz: ,,Życie wysłuchane"


 Wydawnictwo: Czarna Owca 2014
  Tytuł oryginału: 'The Examined Life'
  Przekład: Robert Sudół
  Liczba stron: 232


Życie człowieka cechuje się tym, iż w każdej chwili może nastąpić raptowna zmiana, wydarzenie, które zmieni wszystko o 180 stopni. Jednak to nie wszystko - przecież każdy z nas musi codziennie stawiać czoła jakiemuś problemowi; nie uwierzę, jeśli powiesz mi, że nie masz ani jednego zmartwienia. Często chcielibyśmy, chociaż nie możemy, przeanalizować daną sytuację fachowo, znać jej pochodzenie, przyczyny, konsekwencje. W Życiu wysłuchanym znajduje się aż trzydzieści jeden takich sytuacji, opisanych mniej lub bardziej szczegółowo, wraz z opinią autora, Stephena Grosza - amerykańskiego psychoanalityka. Jego książka to relacje ze spotkań z pacjentami, które czyta się niczym najlepszą powieść.

Zdecydowaną zaletą tej książki jest to, że autor nie umieścił w niej trudnych słów, fachowych określeń, które sprawiają, iż zamiast skupić się na lekturze, laicy muszą co chwila zerkać do specjalistycznych leksykonów. Stephen Grosz, po dwudziestu pięciu latach pracy jako psychoanalityk, zebrał do kupy trzydzieści jeden sesji z pacjentami. Nie zapomniał o własnych przemyśleniach oraz analizie zachowań ludzkich - każdą historię dobitnie podsumował, wyjaśnił przyczyny. 

W Życiu wysłuchanym każdy może odnaleźć cząstkę siebie. Możemy utożsamić się albo z Jennifer, albo z Olivierem, Thomasem czy Lily. I chociaż problemy opisywane w książce są często dość ekstremalne, to niektóre można zaliczyć do tych przeciętnych, często występujących. 

Warto sięgnąć po Życie wysłuchane. To nie tylko zbiór znakomitych psychologicznych historii, z których możemy się wiele nauczyć, ale także opowieść o... życiu. Tak po prostu. Nie spotkamy tu sztucznych, wymyślonych i nierealnych postaci, wręcz przeciwnie. Polecam. 

sobota, 22 marca 2014

Neil Gaiman: ,,Chłopaki Anansiego"


 Wydawnictwo: MAG 2014
 Język oryginału: angielski
 Tytuł oryginału: Anansi Boys
 Przekład: Paulina Braiter
 Liczba stron: 368

Istnieje kilku autorów, którzy z całą pewnością potrafią poprawić mi humor, rozbawić mnie i wywołać salwy śmiechu. Do tej pory do tej grupy należał Kurt Vonnegut, Christopher Moore i Terry Pratchett. Po lekturze Chłopaków Anansiego ta lista zwiększyła się - o Neila Gaimana. 

Chłopaki Anansiego to teoretycznie kontynuacja książki Amerykańscy bogowie, jednakże ja nie czytałam pierwszej części i absolutnie nie uważam, aby w jakiś sposób wpłynęło to na odbiór recenzowanego tytułu. Mówi on o dwójce braci - Grubym Charliem oraz Spiderem, którzy są synami boga pająka, Nancy'ego. Rodzeństwo różni się od siebie niczym woda i ogień - pierwszy z nich jest jak najbardziej "ludzki", lada dzień ma się ożenić, pracuje dla zarozumiałego szefa, natomiast drugi, Spider, to egoista, który intensywnie korzysta z mocy otrzymanej dzięki pochodzeniu. 

Neil Gaiman poświęcił dużo uwagi relacjom między braćmi i myślę, że to jedna z największych zalet tej powieści. Są to postacie kontrastujące ze sobą, dlatego występują między nimi problemy ze zrozumieniem się, czego owocem są absurdalne, przezabawne dialogi. 

Autor ma wspaniałe poczucie humoru, które idealnie do mnie trafia - nieraz wybuchałam gromkim śmiechem. Gaiman  jest więc nie tylko znakomitym gawędziarzem, ale także wesołkiem - przy tym potrafi wyśmiać pewne cechy i tendencje ludzi. 
,,Na pocztówce z Nankingu napisała, że zdecydowanie nie odpowiada jej to, co w Chinach uważa się za chińską kuchnię, i że nie może się już doczekać powrotu do Londynu i wizyty w prawdziwej chińskiej restauracji." (str. 19) 
 Właśnie ten typ narracji, przepełniony sarkazmem i ironią, urzekł mnie, podobnie jak kilka lat temu Vonnegut, Moore czy Pratchett. Nie każdemu jednak przypadnie do gustu - niektórzy miłośnicy literatury po prostu nie odnajdują się w tego typu specyficznym poczuciu humoru.  Mnie się podoba - dlatego zamierzam brnąć dalej w tę inteligentną fantastykę, ciekawą, dowcipną i niepowalającą o sobie zapomnieć. 

wtorek, 18 marca 2014

Małe zło - stosik

Dobry wieczór! :)
Ostatnio, zapewne przez ciągłe zmiany pogody, nie mam nastroju ani na czytanie, ani na pisanie, dlatego wpisów brak. Dziś postanowiłam jednak, że zbiorę się wreszcie do kupy i zrobię zdjęcie stosu książek, które zdobyłam na przełomie lutego i marca. 

Oba tomy Maga Fowlesa sprytnie przechwyciłam z półeczki z książkami na wymianę - o czym zresztą pisałam na facebookowej stronie Książki są lustrem. Ciemny Eden kupiłam, Życie wysłuchane, Jak poskromić Piotrusia Pana [recenzja - klik!], Zasrane życie mojego ojca, zasrane życie mojej matki i moja zasrana młodość oraz Człowiek mroku od wydawnictwa Czarna Owca, zaś cała trylogia Canavan to efekt wymiany. Stosik zatem jest, jak widzicie - bardzo zróżnicowany pod względem źródeł.

I zapomniałam o książce, którą właśnie czytam - Chłopaki Anansiego, od wydawnictwa Mag :)








Niedługo możecie się spodziewać recenzji Życia wysłuchanego, Chłopaków Anansiego i Nowicjuszki. Tymczasem życzę miłego wieczoru!

niedziela, 2 marca 2014

Dwa podsumowania [luty]

Dzień dobry wszystkim :)
Podobnie jak w poprzednim miesiącu, zrobiłam dziś podsumowania dwa w jednym - to od wyzwania Fantastyczna Polska oraz moje własne, prywatne :)
Zacznijmy od tego pierwszego.
Luty był słabym miesiącem, jeśli chodzi o czytanie polskiej fantastyki. Ja na swoje usprawiedliwienie dodam, że przez tydzień nie miałam kiedy czytać książki, ponieważ byłam w Zakopanem ;)
Najlepszy wynik uzyskała tym razem Iwi Chan z dwiema książkami - gratuluję! :)
Katarzyna Michalak: ,,Gra o Ferrir"
Katarzyna Berenika Miszczuk: ,,Druga szansa"

Potem było już tylko gorzej, bo po jednej książce.

DżejEr Carmen - Jakub Ćwiek: ,,Kłamca"
Tala Z - Katarzyna Berenika Miszczuk: ,,Druga szansa"
Marcela Pomper - Sonia Wiśniewska: ,,Miasto nieśmiertelnych"
Ja - Jacek Piekara: ,,Łowca dusz"

Tym samym apeluję do pozostałych, to znaczy Claudine, Infidel, Eisena, Paskudy i Mani, żeby zaczęli interesować się wyzwaniem - nikogo na siłę nie zgłaszałam, a zasady były napisane czarno na białym :) Miałam wywalać od razu ludzi, którzy przez 60 dni nie napisali żadnej recenzji pasującej do tematyki, ale ze względu na to, że to moje pierwsze wyzwanie - dam Wam jeszcze miesiąc na wykonanie zadania. Wykorzystajcie go :)) 

Czas na moje prywatne podsumowanie. W lutym przeczytałam liczbę książek, która zupełnie mnie nie satysfakcjonuje, ale, jak już pisałam, 1/4 miesiąca spędziłam na wyjeździe. 
Przeczytałam pięć książek, z czego dwie to fantastyka, jedna to lekka powieść dla zrelaksowania, jedna to poradnik, a ostatnia to kryminał. Jak widzicie, cała gama różnych gatunków :) 
Na szczęście żadna książka nie była na tyle zła, że miałam ochotę przestać ją czytać. Zdecydowanie najlepszą powieścią lutego jest Rozgwiazda Wattsa, tuż potem Łowca dusz Piekary, kolejno Statek śmierci Sigurdadóttir i Cieszę się twoim szczęściem Rosenfeld. Poradnik, to znaczy Jak poskromić Piotrusia Pana, pozostaje poza wszelkimi ocenami, bowiem uważam, iż tego typu książek nie da się porównać do "zwyczajnych" powieści/opowiadań. 
W lutym przybyło do mnie prawdopodobnie (bo nie wykluczam, że mogłam coś przeoczyć) dziewięć książek. To i tak niezły wynik ;) 

Życzę wszystkim mile spędzonej niedzieli, a ja uciekam do Nowicjuszki Canavan :)

środa, 26 lutego 2014

Peter Watts: ,,Rozgwiazda"


 Wydawnictwo: Ars Machina 2013
  Język oryginału: angielski
  Tytuł oryginału: 'Starfish'
  Przekład: Dominika Rycerz-Jakubiec
  Liczba stron: 368
  Tom 1 trylogii Ryfterów

Istnieją książki, przy których możesz się rozpłakać. Są też takie, które Cię niemiłosiernie zirytują bądź skłonią do refleksji. Niektóre wywołają u Ciebie odrazę i niechęć, inne wzburzenie, zaintrygowanie, zdziwienie, a także całą gamę innych uczuć. Czy jednak zdawałeś sobie sprawę, że podczas czytania możesz się dusić? Nie, to nie metafora, chodzi o najprawdziwsze duszenie się - moment, w którym nie możesz złapać oddechu i masz wrażenie, iż ściany za chwilę Cię przygniotą. Jeśli o tym nie wiedziałeś, a teraz nie wierzysz - sięgnij po Rozgwiazdę. 

Na dnie Pacyfiku międzynarodowa korporacja wybudowała obiekt, który pozwoli na wykorzystanie energii geotermalnej tam nagromadzonej. Następnie wysyła załogę, składającą się z samych wyrzutków społeczeństwa. Nie bez powodu - otóż trzy tysiące metrów w głąb oceanu nie każdy sobie poradzi - ludzie nieprzystosowani do stresu nie będą tam pożyteczni. Ryfterzy mają za zadanie kontrolować generatory, a ponieważ człowiek nie przeżyłby w takich warunkach dłużej niż kilka sekund, naukowcy ich biologicznie modyfikują - umożliwiają im oddychanie dzięki tlenowi zawartemu w wodzie oraz znoszenie ciśnienia. 

Pierwsza część trylogii o Ryfterach to kawał dobrej, inteligentnej fantastyki naukowej. Pierwsze, na co czytelnik zwraca uwagę, to miejsce akcji - głębia oceanu, trzy kilometry pod ziemią. To bardzo nietypowe zagranie - fabuła książek science-fiction zazwyczaj odgrywa się w kosmosie, a "przełamanie" tej cechy wyszło bardzo oryginalnie i ciekawie. 

Rozgwiazda to bardzo klaustrofobiczna lektura. Bohaterowie znajdują się w stacji głębinowej, której wielkość zdaje się być zupełnie nieuzasadniona w stosunku do czasu, który ci mają tam spędzić - aż rok. Aby się przemieścić, trzeba się schylić, a uniknięcie kontaktu fizycznego, gdy w w korytarzu jest więcej niż jedna osoba, jest niemożliwe. Brzmi strasznie? To jeszcze nic. Po wyjściu na zewnątrz bynajmniej nie jest lepiej - mimo iż wydawałoby się, że ocean nie może przytłaczać i dusić, to światło słoneczne nie dochodzi do dna, a więc panuje tam całkowita ciemność, skrywająca ogrom niebezpieczeństw i pułapek. 

Peter Watts, który swoją drogą napisał wstęp z myślą o polskich czytelnikach, stworzył książkę, której klimat jest niepowtarzalny - tak mroczny, że Rosjanie i Niemcy z tego powodu nie zaakceptowali Rozgwiazdy. Tajemniczy, przerażający, budzący niepewność. 

Mimo iż w powieści znajduje się bardzo wiele informacji na temat biologii morskiej, autor skupia się głównie na naturze ludzkiej, która została tu zobrazowana w fenomenalny sposób. Główni bohaterowie to ludzie z dużym bagażem życiowym, wykraczający poza wszelkie normy, trudni do zrozumienia i niewzbudzający sympatii - chociażby jeden z nich, pedofil. Każdy z nich w jakiś sposób jest uzależniony od stresu, dlatego umiejscowienie ich trzy tysiące metrów pod ziemią zdaje się być dobrym pomysłem, zważywszy na fakt, że będą wykonywać powierzone zadania lepiej niż "normalni" ludzie. 

Autor dużą wagę przywiązuje do kontaktów międzyludzkich. To, w jaki sposób porozumiewają się ze sobą Ryfterzy, jak mierne mają relacje, mimo świadomości, że przez rok są zdani tylko na siebie, może przerażać i szokować. Co więcej - unikają się nawzajem jak ognia, byleby nie dopuścić do kontaktu fizycznego, byleby inni nie odkryli prawdziwego ja. Są niczym rozgwiazdy, które chowają się w zakamarkach skał i szczelinach - bohaterowie tej historii ukrywają w ten sposób swoje uczucia.

Rozgwiazda to rewelacyjna książka. Cieszyć może fakt, iż jest to dopiero pierwszy tom, a zatem powrót do tego toksycznego i specyficznego klimatu jest możliwy. Jeżeli lubicie trochę pomyśleć nad literaturą - koniecznie sięgnijcie po tę powieść, a gwarantuję, że się nie zawiedziecie. 

środa, 19 lutego 2014

Betty McLellan: ,,Jak poskromić Piotrusia Pana"


 Wydawnictwo: Czarna Owca 2014
 Język oryginału: angielski
 Tytuł oryginału: 'Help: I'm living with a boy'
 Przekład: Agnieszka Cioch
 Liczba stron: 240

Wielokrotnie słyszy się o tym, że mężczyźni stanowią przeciwieństwo kobiet. Ci pierwsi są prostolinijni, konkretni, zdecydowani, raczej rozsądni niż emocjonalni, czego nie można powiedzieć o przedstawicielkach płci pięknej. My mamy problem z podjęciem decyzji - co zjeść na śniadanie? Który szampon do włosów wybrać - wzmacniający, przyspieszający porost, powiększający objętość... Faceci, wchodząc do sklepu, myślą: muszę kupić szampon. 

Mimo to jedni bez drugich bardzo często nie wyobrażają sobie życia. Nic w tym dziwnego, bo jak mówi porzekadło - przeciwieństwa się przyciągają. I chociaż żyjemy w czasach, kiedy poradników dotyczących prób zrozumienia płci przeciwnej jest od groma i jeszcze trochę, wciąż mamy kłopoty z komunikacją i wzajemnym zrozumieniem. Czy Jak poskromić Piotrusia Pana wyróżnia się czymś wśród reszty książek o tej tematyce? 

Rzadko czytuję poradniki. Uważam, że największą i najpotrzebniejszą mądrość życiową wyniosę z własnych doświadczeń oraz przemyśleń, bo w końcu uczymy się na błędach. Dlaczego zatem sięgnęłam po Jak poskromić Piotrusia Pana? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Może przekonała mnie bardzo urocza okładka, interesujący tytuł, a może to zwyczajna ciekawość. 

Autorka porusza problem niedojrzałych mężczyzn, z którymi tak wiele kobiet się wiąże. W swojej książce opisuje aż czterdzieści jeden różnych sytuacji, tych najczęściej występujących w związkach. Robi to lepiej niż dobrze - najpierw dokładnie analizuje problem, a następnie wysnuwa z niego wnioski i podsuwa wskazówki, jak możemy zachować się w danym przypadku. Przy tym, jak sama zaznacza we wstępie, nie podaje konkretnych rozwiązań, ponieważ takie zachowanie byłoby wysoce aroganckie - i tu, proszę państwa, na samym starcie plus dla Betty McLellan za zdrowe podejście. 

Nie mogę powiedzieć, że poradnik był dla mnie bardzo pomocny. W moim związku nie zdarza się ani przemoc fizyczna, ani traktowanie jak powietrze, nie odkrywam również, że mój partner ma romans albo że wykorzystuje seksualnie moje dziecko - a to tylko przykłady opisanych przez McLellan sytuacji. Mimo wszystko uważam, iż lektura Jak poskromić Piotrusia Pana może stanowić po prostu ciekawostkę oraz zbiór porad, co należy wówczas zrobić (bo przecież nie przewidzimy naszej przyszłości). Zresztą książka nie dotyczy jedynie skrajnych przypadków - możemy z niej dowiedzieć się, jak podnieść swoją samoocenę czy jak odróżnić bycie samą od osamotnionej. 

Czasu przeznaczonego na lekturę Jak poskromić Piotrusia Pana w żadnym wypadku nie uważam za stracony. Myślę, że jeszcze wielokrotnie sięgnę po tę pozycję - poza poradami bardzo polubiłam styl pisania autorki oraz atmosferę panującą w książce, na zmianę lekką i poważną. Betty McLellan ujawniła się w swoim utworze jako osoba oczytana, inteligentna i obiektywna, dlatego tym bardziej polecam. 

poniedziałek, 17 lutego 2014

Lucinda Rosenfeld:,,Cieszę się twoim szczęściem"


 Wydawnictwo: Prozami 2010
 Język oryginału: angielski
 Tytuł oryginału: 'I'm so happy for you'
 Przekład: Edyta Stępkowska
 Liczba stron: 295

Kiedy nasz najlepszy przyjaciel osiąga coś przed nami, zazwyczaj, nawet wbrew sobie, próbujemy mu dorównać, dogonić go, a przy tym wyciszyć cichy głosik zazdrości w swoim umyśle, który usiłuje zmusić nas do rozpoczęcia niezdrowej rywalizacji. Zamiast powiedzieć: cholera, stary, tak strasznie ci zazdroszczę, że przez moją zawistną naturę życzę ci wszystkiego najgorszego, żeby wszystko ci się nagle spieprzyło, z naszych ust padają tak banalne, oklepane słowa - cieszę się razem z tobą! Mam nadzieję, że do końca życia wszystko będzie ci się układać. Nikt nawet nie próbuje uwierzyć w prawdziwość tych zdań. One po prostu istnieją, używa się ich, bo wypada, z grzeczności. Po co? 

Wendy to kobieta z kategorii plus trzydzieści, która rozpaczliwie stara się o dziecko - a przechodzi to w taka obsesję, że uprawia seks ze swoim małżonkiem tylko wtedy, gdy prawdopodobieństwo zajścia w ciążę jest największe. Niestety, bezowocnie. W dodatku lada chwila będzie eksmitowana z mieszkania. Nie to jest jednak najbardziej irytujące, o nie. Apogeum jej zdenerwowania stanowi Daphne - jej najlepsza przyjaciółka od niepamiętnych czasów, której z dnia na dzień wszystko zaczyna się układać - poznaje bogatego i przystojnego mężczyznę, przyszłego męża i ojca jej dziecka. Wendy, z natury zawistna, uważa, iż to szczyt niesprawiedliwości i nie zamierza tego tak zostawić. 

Po Cieszę się twoim szczęściem sięgnęłam, ponieważ miałam nadzieję, że dzięki lekkiej i przyjemnej książce zwalczę małą blokadę czytelniczką. Niestety, plan nie do końca wypalił - chwilami lektura recenzowanej powieści bardziej mnie denerwowała, niż wciągała i sprawiała radość. Na szczęście przez prosty język czytało się szybko.

To, co jest najbardziej irytujące w Cieszę się twoim szczęściem, to główna bohaterka - głupia jak but. Nie dość, że to zawistna zazdrośnica, skąpa egoistka i plotkara, to jeszcze osoba, która uważa, że wszystko jej się należy. Jej desperackie próby zajścia w ciążę były żałosne, zważywszy na fakt, że nie liczyła się z nikim, zwłaszcza z własnym mężem, którego traktowała jak maszynę, która jest potrzebna do zapłodnienia. Nic więcej. A przyjaciółki? Cóż, jeżeli grupkę kobiet, z którymi spotyka się raz na jakiś czas tylko po to, żeby obsmarować jedną z nich, nazywamy przyjaźnią, to nie mam więcej pytań. 

Autorce udało się w interesujący sposób przedstawić zasady, na podstawie których działa formułka cieszę się twoim szczęściem. Dzięki nieco przerysowanej fabule nawet najmniej wnikliwy czytelnik dostrzeże bez  problemu, jak funkcjonuje przyjaźń, nawet ta najbardziej prawdziwa - w pewnym momencie dochodzi do sytuacji, w których chcąc nie chcąc ze sobą rywalizujemy, niekoniecznie świadomie. I nawet jeśli recenzowana powieść nie należy do najambitniejszych, w ramach ciekawostki warto po nią sięgnąć. 

sobota, 15 lutego 2014

Jacek Piekara: ,,Łowcy dusz"


 Wydawnictwo: Fabryka Słów 2006
 Język oryginału: polski
 Liczba stron: 416
 Tom: 4

,,- Kiedyś wybrałam się nawet do Piekła - wyjaśniła.
  - Jak zdołałaś wrócić?
  - Wrócić? Ja tu zostałam. "
 Kto obserwuje mojego bloga, ten wie, że cykl inkwizytorski o Mordimerze Madderinie jest przeze mnie bardzo lubiany - mało które części danej serii czytam w tak krótkich odstępach czasu, jak tę. Łowców dusz przeczytałam już ponad tydzień temu, a jednak wciąż niechętnie podchodzę do napisania recenzji - może to dlatego, że zakończenie było kompletnie rozstrajające? 
W Łowcach dusz znajdują się cztery opowiadania, z czego dwa są stosunkowo krótkie, a dwa można  podczepić pod minipowieści. Jedno z nich stanowi kontynuację historii z poprzedniego tomu, dlatego czytelnik, który czytał trzy poprzednie książki z cyklu o Madderinie, od razu będzie wiedział, że Piekara zagwarantuje powrót do minionych przygód protagonisty.  Nie jest to jednak jedyne nawiązanie do przeszłości Mordimera - w tomie znajduje się wiele innych wątków, poprzednio nie do końca wyjaśnionych, których rozwiązanie tkwi w recenzowanym tomie. Nie powinno to nikogo dziwić, ponieważ Łowcy dusz to ostatnia książka o "dorosłym, dojrzałym" głównym bohaterze - kolejna, Płomień i krzyż tom 1, to powrót do młodości Madderina. 
,,Odkrywanie prawdy przypomina wędrówkę po lesie, w którym poradzi sobie jedynie ten, kto ma śmiałość zagłębić się w chaszczach."
Mimo iż wszystkie opowiadania czyta się szybko, miło, łatwo i przyjemnie, momentami lektura stawała się nudna. Można odnieść wrażenie, że Jacek Piekara wyczerpał już zapas pomysłów i próbuje na siłę wymyślić, co tym razem spotka Mordimera. Ponadto w Łowcach dusz znajduje się dużo mniej akcji i opisów walki, niż w poprzednich tomach. Nie wpływa to jednak na dynamizm całości, bowiem rozmowy z ludźmi, których na swej drodze spotkał inkwizytor, również mogą stanowić nie lada atrakcję dla czytelnika.
,,A przecież pochwała z ust wroga jest więcej warta niż peany wyśpiewywane z ust przyjaciela."
Zakończenie historii Mordimera mnie nie usatysfakcjonowano, a wręcz nieco przygnębiło - cóż z tego, że autor wyłożył kawę na ławę i przedstawił nam nagą prawdę o pewnych kwestiach, nad którymi się wcześniej zastanawiałam, skoro w tak niechlubny sposób potraktował swą najważniejszą postać. 

Na szczęście u Piekary można zauważyć poprawę - w czwartym tomie cyklu o inkwizytorze nie znajdziemy już ciągłego przypominania, kto jest kim i jaką rolę odgrywa w świecie przedstawionym, co tak mocno irytowało recenzentów - widać, że pisarz czyta recenzje i usuwa te elementy, na które opiniotwórcy się skarżyli. I dobrze. 

Łowcy dusz to prawdopodobnie najsłabsza część ze wszystkich, które do tej pory czytałam. Bynajmniej nie oznacza to, że nie jest ciekawa - wręcz przeciwnie. To wciąż lektura obowiązkowa dla każdego miłośnika świata, w którym Jezus zszedł z krzyża i pomścił swoich prześladowców. 

piątek, 14 lutego 2014

Rozwiązanie konkursu

Witajcie ;)
Dziś Walentynki, o czym można dowiedzieć się nawet nie z kalendarza, ale z blogrolla - co drugi blog dodał już posty z serduszkiem w tle :) Ja co prawda przychodzę tylko z rozwiązaniem konkursu, ale co tam, niech będzie, że walentynkowo. 
Losowanie odbyło się tradycyjnym sposobem, jednak nie zostało udokumentowane - przyznam się szczerze, że mi się nie chciało ;) Musicie uwierzyć na słowo. 
Zgłoszeń było dwanaście, z czego jedno nie spełniało wymogów (w pytaniu było wyraźnie zaznaczone, że macie polecić fantastykę) - więc niestety nie wzięłam go pod uwagę. 
Zwycięzcą okazał się... Piotr Wysocki! Gratuluję serdecznie i poproszę o e-maila z danymi adresowymi, żeby przesyłka doszła cała i zdrowa (mcrox101@o2.pl). 

Słówko prywaty - otóż czytam, żyję i takie tam, mam do zrecenzowania dwie książki, ale... mam jakąś dziwną blokadę, objawiającą się przez niemożność wystukania chociaż kilku logicznych zdań w recenzji. Cóż, mam  nadzieję, ze szybko minie :) 

W niedzielę o północy wyjeżdżam na tydzień do Zakopanego, gdzie dostęp do internetu będę miała tylko przez komórkę, a nienawidzę tego sposobu na buszowanie po sieci, zatem przygotujcie się na chwilową nieobecność ;) Jakieś posty na pewno się pojawią, nie zostawię Was przez tydzień bez niczego, o nie ;) Natomiast na wszelkie wiadomości i komentarze prawdopodobnie odpowiem dopiero w niedzielę za tydzień. 

Życzę miłego dnia i weekendu! Tym, którym ferie się kończą - współczuję ;), a osobom, które, podobnie jak ja, dziś witają dwa tygodnie wolnego, przybijam wirtualną piątkę i mam nadzieję, że wypoczynek się uda :) 

środa, 5 lutego 2014

Duża dawka szczęścia, czyli kolejny stosik

Gdy za oknem jest zimno i ponuro na tyle, że nie mam ochoty wstawać z łóżka, najlepszym lekarstwem na samopoczucie jest kupowanie książek. Odkąd mam konto w banku, nie muszę nawet wychodzić z domu, żeby za nie zapłacić, a to zdecydowanie nie sprzyja wielkości mojego portfela. 
Pamiętacie, jak zaledwie dwa tygodnie temu chwaliłam się swoimi zdobyczami z Uczty Wyobraźni, które nabyłam dzięki promocji w Empiku? Cóż mogę powiedzieć - to był dopiero początek, bo od tamtej pory skusiłam się na osiem kolejnych tytułów z fenomenalnego UW. Na jedną wciąż czekam, mianowicie na "Ciemny Eden", który kupiłam od innego blogera. 

Co tu dużo mówić... Przesadziłam. Pociesza mnie fakt, że tylko prawy stos to pozycje kupione, zaś lewy to głównie efekt wymiany. 
Od lewej: 
1. Mgły Avalonu to jedna z najlepszych cegiełek, jakie posiadam. Już nie mogę się doczekać lektury, chociaż jednocześnie gabaryty nieco... przerażają ;) 
2. Księga bez tytułu - z czystej ciekawości. I okładka ładna ;) 
3 - 5. Uczennica maga, Wielki mistrz i Nowicjuszka to efekt wymiany z pewną przemiłą użytkowniczką Lubimy Czytać, podobnie jak Ziemiański i Lerner. Skoro pierwszy tom dało się czytać i stanowił całkiem przyjemną lekturę, chętnie przeczytam całą trylogię. Dodatkowo za kilka dni listonosz przyniesie wszystkie trzy tomy Ery Pięciorga, również tej autorki. 
6. Rozgwiazda od wydawnictwa Ars Machina to książka, którą właśnie czytam, ale że nie należy do najłatwiejszych, dawkuję sobie lekturę. Watts rzeczywiście jest świetnym pisarzem. 
7. Smocza droga to także efekt mojej współpracy z Ars Machiną, podobno nie najgorsze fantasy. Przeczytam. 
8. Toy Wars - to, jak już wspomniałam, kolejny efekt wymiany. Lubię Ziemiańskiego, więc chętnie poznam go od innej strony. 
9. Następcy - nie zaszkodzi spróbować :) Z blurba wynika, że to thriller technologiczny - zapowiada się nieźle. 

Po prawo widać dziewięć pozycji z Uczty Wyobraźni (mam obsesję na punkcie tej serii, póki co przez dwadzieścia dni zdobyłam siedemnaście tytułów, chcę mieć całość). Wszystko, poza Viriconium nabyłam dzięki promocji 1+1. Co zabawne, robiłam to na raty - najpierw zamówiłam przez internet dwa tomy Opowieści sieroty, potem kupiłam w stacjonarnym Empiku Dom Derwiszy. Dni cyberabadu i Córka żelaznego smoka. Smoki babel, jednocześnie z zadowoleniem czekając na przesyłkę, w której miały być cztery kolejne książki zamówione online. Co do Viriconium, to dość przykra sytuacja, bo na allegro kupiłam ten egzemplarz za aż 7,50 zł, miał być lekko zalana wodą i przybrudzona, tymczasem po wyjęciu go z koperty szczęka mi opadła - nie dość, że wszystkie kartki posklejane, okładka powyginana, grzbiet porwany, przy tym książka była brudna jak diabli, jakby ktoś ją trzymał w chlewie. Sytuacji ze sprzedawcą opisywać nie będę - szkoda Waszego i mojego czasu ;) 

Jak widać, mam co czytać. Mam nadzieję, że wkrótce szał kupowania mi minie, bo jest źle - a skoro ja tak mówię, to naprawdę powinnam się leczyć ;) Zauważyłam, że gdy jestem zestresowana, zaczynam buszować w internecie, przeglądając allegro i inne fajne stronki, na których mogę nabyć książki. Cóż... walczę z tym ;) 
Miłego wieczoru! 

Yrsa Sigurdardóttir: ,,Statek śmierci"


 Wydawnictwo: Muza 2013 
 Język oryginału: islandzki 
 Tytuł oryginału: 'Brakið'
 Przekład: Małgorzata Bochwic-Ivanovska
 Liczba stron: 336 

Statki w literaturze i filmie grozy pojawiają się stosunkowo często. Nic w tym dziwnego - powierzchnia, po której się poruszają, wywołuje uczucie niepewności i bardzo często lęk. Można zatem pomyśleć, że stworzenie dobrej książki o tragedii na okręcie to nic trudnego. Czy rzeczywiście? 

W porcie w Reykjawiku rozbija się luksusowy jacht. Statek jest... całkowicie opuszczony, nie ma w nim ani jednego człowieka. Co stało się z trzema członkami załogi oraz z czteroosobową rodziną, która weszła na pokład? Czy to możliwe, że wszyscy rozpłynęli się w powietrzu? Prawniczka Thora, na polecenie rodziny zaginionych, ma wyjątkowo trudne zadanie - dowiedzieć się, co tak naprawdę się wydarzyło podczas rejsu. 

Autorka po raz kolejny udowadnia, że niebanalne pomysły i umiejętność przykucia uwagi czytelnika to niewątpliwie jej atuty. Dlaczego niebanalne? Otóż częstym motywem występującym w kulturze są statki widma - nic w tym dziwnego, zważywszy na fakt, jak interesująca jest legenda żeglarska o owym okręcie. Na tyle, iż istnieją dwie jej wersje. Statek zaś, który owszem, przypływa do portu, ale bez żywej duszy na pokładzie, to nietypowy pomysł.

Yrsa Sigurdardottir potrafi sprowadzić na manowce - i bynajmniej nie z powodu nie najgorzej uknutej intrygi. Będąc w połowie książki można wciąż myśleć, że jest to literatura grozy, co z technicznego punktu widzenia nie jest prawdą. Mimo to podczas czytania odczuwa się lęk, niepewność - nie jakiś tam strach, tylko zwyczajnie lęk. Niejednego powieść ta skutecznie odstraszy od podróżowania statkami - a za to należą się brawa dla pisarki.

Zastanawiające jest, dlaczego wydawnictwo Muza nie ufa osobie, która okrzyknięta została najlepszą islandzką autorką książek kryminalnych. Okładka byłaby bardzo ładna, gdyby nie mnogość napisów, w dodatku zupełnie niepotrzebnych - bo po co trzykrotnie informować potencjalnego kupca, że to thriller? Czy nie wystarczy raz? Czy czytelnik nie dowie się tego po przeczytaniu opisu z tyłu? Spokojnie wystarczyłoby podanie tytułu oraz imienia i nazwiska autorki.

Statek śmierci to lekka, niewymagająca myślenia historia, którą przeczyta się błyskawicznie, ale w pamięci może pozostać na długo. Zapomnimy o bohaterach i o tym, jak przebiegało śledztwo, ale zapamiętamy zarys fabuły i oryginalny pomysł. W ramach relaksu - jak najbardziej warta przeczytania. 

poniedziałek, 3 lutego 2014

Zapowiedzi: luty 2014

Dzień dobry wszystkim :) Dziś garść zapowiedzi.

Marta Kisiel: "Nomen Omen"
Wydawnictwo: Uroboros
Premiera: 5 luty
Liczba stron: 420
Opis:
Salomea Przygoda ucieka od zwariowanej rodziny, chcąc rozpocząć samodzielne życie. Gdy okazuje się, że jej stancja przypomina posiadłość z filmów grozy klasy B, prowadzona jest przez trzy siostry w dość podeszłym wieku i papugę, a w telefonie słychać głosy, Salka zaczyna zastanawiać się, czy to aby na pewno był dobry pomysł. Pojawienie się młodszego brata jedynie komplikuje i tak niełatwą już sytuację – zwłaszcza, gdy pewnego dnia próbuje utopić siostrę w Odrze.

Robert E. Howard: "Kull: banita z Atlantydy"
Wydawnictwo: Rebis
Premiera: 11 luty 
Opis:
Podczas swej błyskotliwej i krótkiej kariery, trwającej zaledwie dwanaście lat, Robert E. Howard samodzielnie stworzył nowy gatunek, który nazwany został „magią i mieczem”. W jego płodnej wyobraźni zrodziło się kilku z najtrwalszych bohaterów literackich. Bezdyskusyjnie największą kreacją Teksańczyka był Conan. Jednak to we wcześniejszym cyklu opowieści o Kullu – nieustraszonym wojowniku o zadumanym umyśle filozofa – Howard zaczął rozwijać typowe dla siebie tematy oraz silnie sugestywne połączenie historii z mitologią, którymi odznaczały się jego późniejsze teksty o epoce hyboryjskiej.

Kull jest kimś znacznie więcej niż tylko prostym prototypem Conana. Sam z siebie stanowi postać fascynującą: banita z Atlantydy, który zdobywa koronę Valusii po to tylko, by stwierdzić, iż jest ona tyle samo ciężarem, co nagrodą.

Jerzy Żuławski: ,,Stara ziemia"
Wydawnictwo: Solaris
Premiera: 12 luty 
Opis: 
Czas akcji toczy się mniej więcej równocześnie z akcją powieści „Zwycięzca”, tylko w innym miejscu – na Ziemi. Jest przełom XXIX i XXX wieku. Europa zjednoczyła się w jeden organizm państwowy, któremu patronuje system spółek spółdzielczych. Niezwykłe maszyny i wynalazki zapewniają dobrobyt mieszkańcom. Nie ma jednak powszechnego egalitaryzmu. Burżuazja utrzymuje się dzięki pracy robotników, obsługujących setki maszyn, wykonujących wciąż te same zautomatyzowane czynności. Państwo staje się potężną i bezduszną maszyną ograniczającą wolność jednostki. Grupa intelektualistów pragnie przejąć władzę, wykorzystując niezadowolenie robotników, którymi gardzi. Istotną funkcję pełni w powieści cudowny wynalazek – przyrząd unicestwiający materię skonstruowany przez genialnego naukowca Jacka – głównego bohatera powieści. Owa potężna broń użyta jako obiekt przetargu w rozgrywkach politycznych przyczynia się do reformy ustroju… Tworząc swoją wizję przyszłości Żuławski podejmuje polemikę z modernistycznymi koncepcjami naprawy świata. Jego prognoza to też reakcja na program odnowy socjalistów, oceniany jako metoda fantastyczna. 

Neil Gaiman: ,,Chłopaki Anansiego"
Wydawnictwo: MAG 
Premiera: 14 luty 
Opis: 
Chłopaki Anansiego to najzabawniejsza książka literackiego maga Neila Gaimana, ulubieńca popkultury. W Chłopakach Anansiego autor powraca do mitycznych krain, opisanych jakże błyskotliwie w bestsellerowych Amerykańskich bogach. Czytelnicy z Ameryki i całego świata po raz pierwszy poznali pana Nancyego (Anansiego), pajęczego boga, właśnie w Amerykańskich bogach. Chłopaki Anansiego to historia o jego dwóch synach, Grubym Charliem i Spiderze.


Michael Cobley: ,,Osierocone światy"
Wydawnictwo: MAG 
Premiera: 28 luty 
Opis: 
Darien przestał być ukrytym bastionem ludzkości, stał się nagrodą w galaktycznej próbie sił. Hegemonia kontroluje planetę, podczas gdy Ziemia bezradnie przygląda się sytuacji. Ziemski ambasador na Darienie stanie się graczem w konflikcie większym niż jest sobie to wyobrazić....
Pradawna świątynia skrywa dostęp do więzienia w głębinach hiperprzestrzeni, gdzie czai się największe zagrożenie z jakim kiedykolwiek miało do czynienia inteligentne życie. Przed tysiącleciami, po zakończeniu apokaliptycznego konfliktu, zamknięto tam pradawną rasę. Teraz zbliża się czas uwolnienia obcych, a wraz z nim nowa, przerażająca wojna.
Obiekt jest częścią serii
Cobley, Michael - "Ogień ludzkości" 

Wydawnictwo: MAG 
Premiera: 21 luty
Opis:
Przeszłość
Schwytany w sieć zaplanowanego przez Hitlera „Ostatecznego Rozwiązania” Saul Laski jest jednym z tysięcy skazanych na śmierć w niesławnym obozie zagłady w Chełmnie. Wkrótce jednak wpada w szpony zła o wiele gorszego i starszego niż nazistowskie Niemcy.
Teraźniejszość
Nieliczni wybrańcy posiadają Talent – psychologiczną umiejętność oddziaływania na umysły innych ludzi. Na dorocznych spotkaniach planują nieustającą kampanię rzezi i rozpasania. W tym roku jednak nie wszystko idzie zgodnie z planem…
Obejmująca parę dziesięcioleci i rozgrywająca się na kilku kontynentach historia zapuszcza się w najmroczniejsze zakamarki historii XX wieku. „Trupia otucha”, stanowiąca jedną z najdoskonalszych prób ożywienia wampirzej legendy, zgłębia naturę ludzkiej skłonności do przemocy i analizuje jej wpływ na naszą przyszłość.

Cóż... Pozostaje mi tylko narzekać, że doba nie jest dłuższa, a pieniądze nie rozmnażają się przez pączkowanie ;) 

niedziela, 2 lutego 2014

Konkurs

Witajcie :) Dziś znowu nie będzie recenzji - ostatnio trudno mi się wciągnąć w jakąkolwiek książkę. Przykładem niech będzie mój ukochany Mordimer - jestem w połowie czwartej części cyklu o inkwizytorze, a chwilowo porzuciłam go na rzecz Siewcy wiatru Kossakowskiej - niestety, nic z tego. Jeszcze dziś spróbuję z Rozgwiazdą Wattsa, zobaczymy. 
Ale nie o tym jest dzisiejszy post. Pewnie zajrzeliście tu w oczekiwaniu na możliwość wzbogacenia biblioteczki, a pierwszy akapit to moje narzekania. Eh, ale ze mnie bloger. 


Powyższe książki chcę oddać komuś, kto lepiej się nimi zaopiekuje - u mnie tylko leżą i się kurzą. 
Zadanie konkursowe jest tym razem bardzo łatwe - wystarczy, że podacie mi tytuł jednej książki (gatunek: fantastyka), którą Waszym zdaniem powinnam przeczytać.

Zasady:
1. Konkurs trwa od 2 lutego 2014 do 10 lutego 2014. 
2. Każdy uczestnik konkursu proszony jest o podanie w komentarzu wraz ze zgłoszeniem swój aktualny adres e-mail. 
3. Zadanie konkursowe polega na poleceniu mi jednej książki z zakresu fantastyki.
4. Wygrany ma trzy dni na podanie swoich danych adresowych od momentu, gdy wyślę e-maila informującego o zwycięstwie. 
5. Wysyłka nagród tylko na terenie Polski. 
6. Byłoby mi bardzo miło, gdybyście udostępnili ten wpis, aczkolwiek nie jest to warunek konieczny. 
7. Udział w konkursie jest równoznaczny z akceptacją regulaminu. 

Do dzieła! 

czwartek, 30 stycznia 2014

Dwa podsumowania. Wyzwanie i prywata

Witam Was ciepło w przedostatni dzień stycznia :) 
Pierwszy miesiąc roku 2014 już niemal za nami. Mnie te trzydzieści dni zleciało w okamgnieniu, a za dwa tygodnie długo wyczekiwane ferie. Pogoda za oknem nie dopisuje - wierzcie mi, najchętniej zakopałabym się pod kołdrą z laptopem, książkami i słodkościami, bo jakiekolwiek wyjście na świeże powietrze to dla mnie katorga. No, ale do rzeczy. 
Nigdy nie pisałam podsumowań - być może żyłam w przekonaniu, że nie mam się czym chwalić, bo liczba książek, które czytam, nigdy nie powalała na kolana. Teraz mam pretekst - wypadałoby napisać kilka słów o tym, jak wypadliście w wyzwaniu Fantastyczna Polska, które organizuję.
Miesiąc styczeń, patrząc przez pryzmat wyzwania, wyszedł, moim zdaniem, trochę ubogo. Mam nadzieję, że w lutym uczestnicy będą mieli więcej okazji, aby czytać rodzimą fantastykę. Wielu z nich niestety nie przeczytało ani jednej książki, która klasyfikuje się do tematyki wyzwania. Pamiętajcie o regulaminowych dwóch miesiącach ;) 
Z dziesięciu uczestników tylko połowa w ogóle udzieliła się w ramach wyzwania. A oto, jak wyglądają statystyki: 
Najwięcej, czyli trzy książki w tym miesiącu, przeczytała TALA Z, gratuluję. Klikając w poniższe tytuły, przeniesiecie się bezpośrednio do bloga z recenzją. 

Na drugim miejscu jestem ja oraz Iwi Chan ;) W styczniu przeczytałyśmy dwie fantastyczne książki polskich autorów. Ja w przyszłości zamierzam ten wynik poprawić. 

Na trzecim miejscu idą łeb w łeb DżejEr Carmen,  oraz Marcela Pomper. Dodały po jednej recenzji. 


Uff, pierwszą część mamy już za sobą. Teraz czas na moje prywatne podsumowanie. 
W styczniu przeczytałam dziewięć książek (w zasadzie to jedna przesłuchana). Myślę, że to całkiem satysfakcjonujący wynik, chociaż chciałabym poprawić tempo czytania. 
Jedna książka, mianowicie ,,Rezydent wieży" Tuchorskiego, została przeze mnie porzucona w daleki kąt - po dwóch opowiadaniach się poddałam. Doszłam do wniosku, że szkoda czasu czytać coś, co zupełnie mi się nie podoba. 
Zdecydowanie najlepszymi książkami w tym miesiącu były dwie wydane w ramach serii Uczta Wyobraźni - Tonąca dziewczyna i Portret pani Charbuque. Asystentka pisarza fantasy. Zaraz potem są Miecz aniołów i Możemy cię zbudować. 
Przyjemną, acz niewymagającą lekturę stanowiły Gildia magów i niezrecenzowany jeszcze Statek śmierci. 
Wielkim rozczarowaniem okazał się zbiorek opowiadań Grzędowicza - Wypychacz zwierząt oraz mroczne dark fantasy Dzieci demonów. 
Najlepsze cytaty, zdecydowanie warte zapamiętania, które odkryłam w styczniu 2014, umieszczam poniżej. 
,,Zawsze jest jakaś syrena, próbująca śpiewem sprawić, abyśmy rozbili swój statek' - C. R. Kiernan, ,,Tonąca dziewczyna"
,,Bo znaczymy tylko tyle, na ile potrafimy wycenić się we własnych oczach." - J. Piekara, ,,Miecz aniołów"
W styczniu moja skromna (ta, jasne) biblioteczka powiększyła się o trzydzieści trzy książki (dwadzieścia jeden zostało już pokazanych, resztę zobaczycie w lutym:). Hipotetycznie ta ilość starczyłaby mi na trzy miesiące czytania. Cóż, trzeba być dalekowzrocznym i perspektywicznie patrzeć, w końcu nie wiadomo, kiedy nadejdzie czarna godzina ;) 
A na koniec info - od dziś cykl Porozmawiajmy o języku będzie ukazywał się co dwa tygodnie - jest to spowodowane brakiem czasu. 

Pozdrawiam! 

sobota, 25 stycznia 2014

Caitlin R. Kiernan: ,,Tonąca dziewczyna"


 Wydawnictwo: MAG 2014 
 Język oryginału: angielski 
 Tytuł oryginału: 'The Drowning Girl' 
 Przekład: Paulina Braiter 
 Liczba stron: 289

Przed przeczytaniem poniższej recenzji nalegam, abyście obejrzeli ten trailer. (Niestety blogger miał problem ze znalezieniem go w wyszukiwarce, dlatego nie został tu umieszczony bezpośrednio.)  

Już? Dziękuję.

Podobno pierwsze słowa w recenzji są najtrudniejsze do napisania. Pomyślcie zatem, że ten wpis składa się w całości z pierwszych słów, bo do stworzenia go zbieram się od wczoraj i wciąż mam pustkę w głowie. 

Tonąca dziewczyna to dziennik prowadzony przez Indię Morgan Phelps, dla przyjaciół Imp. Właścicielka jest schizofreniczką, ma rozdwojenie jaźni, Nie potrafi zaufać swoim myślom, nie wierzy swojemu umysłowi. Choroba w jej rodzinie jest dziedziczna - jej matka i babka "obdarowały" Imp zaburzeniami umysłowymi. To dlatego dziewczyna musi teraz zmagać się z własnym ja, nieustannie stawać między prawdą a faktem (i to wcale nie jest to samo, co Imp szybko wyjaśnia) i na każdym kroku spotykać się z syreną i wilkiem. 

W Tonącej dziewczynie nic nie jest oczywiste i bezpośrednie. Niemalże każdy akapit zmusza do myślenia, wypełniony licznymi metaforami, symbolami i metafizycznymi rozmyślaniami. Nawet narracja nie jest tu prosta - choć pierwszoosobowa, nie pozwala w pełni uwierzyć narratorce, która często ma podwójne wspomnienia tego samego wydarzenia, wdaje się w konwersację sama ze sobą. Imp jest zagubiona i sprawia, że czytelnik również się tak czuje. Jej słowa wywołują mętlik w głowie, który pozostaje na długo po zamknięciu książki. 

"Zawsze jest jakaś syrena, próbująca śpiewem sprawić, abyśmy rozbili swój statek." 
http://greygirlbeast.livejournal.com/800692.html
 W książce jest dużo opisów obrazów, chociażby tytułowego - "Tonącej dziewczyny" Philipa Georga Saltonstalla (1898)(umieszczony po prawo). Są precyzyjne, pozwalają na wyobrażenie sobie dzieła. Narratorka również jest artystką: chociaż zarówno maluje, jak i pisze opowiadania, sama siebie nazywa wyłącznie malarką, bo to lubi robić najbardziej. 

Tonącą dziewczynę można zaklasyfikować do podgatunku fantastyki, weird fiction. Jest przerażająca, niepokojąca, zmuszająca do głębokich refleksji, pełna mistycyzmu i magii, niedopowiedzeń. Chwilami ma się jej dosyć, pragnie się rzucić ją w najdalszy kąt, ale tylko po to, by za chwilę powrócić do lektury. Jest to bowiem historia, której nie da się całkowicie zrozumieć po pierwszym przeczytaniu, potrzeba dwóch, trzech, a może nawet więcej. 

,,Nie widziałam, by zbyt wielu z nich rozmawiało czy nawet czytało książkę albo gazetę. Niemal wszyscy byli zbyt zaprzątnięci swoimi gadżetami, by wdawać się w konwersacje. Pomyślałam o tym, jak  dziwne musi być takie życie. No, może nie dziwniejsze niż u kogoś, kto zawsze tkwi z nosem w książce, ale mnie wydawało się inne. Chłodniejsze, bardziej zdystansowane. Nie, sama nie wiem dlaczego tak uważam."
Tonąca dziewczyna to niesamowita, wzbudzająca całą gamę emocji książka. To kawał znakomitej prozy, do której chce się ciągle wracać, aby na nowo ją odkrywać. Wprowadzająca zamęt i niepozwalająca o sobie zapomnieć. Niepokojąca, niedosłowna, czasami straszna, ale wspaniała. Absolutnie obowiązkowa dla każdego. 


czwartek, 23 stycznia 2014

Porozmawiajmy o języku: ciekawe słowa [7]

Witam wszystkich! ;) 
W Porozmawiajmy o języku zazwyczaj poruszam kwestie  gramatyczne i ortograficzne. Dzisiejszy wpis będzie zahaczał o inny, choć również bardzo ciekawy dział - językoznawstwo. Przedstawię Wam poniżej garść słów, o których znaczeniu mieliśmy błędne pojęcie (zazwyczaj ;) albo ich po prostu nie znaliśmy. Co więcej - bardzo przydatne. 

Zacznijmy od przymiotnika spolegliwy. Cóż ono może oznaczać? Wielu ludzi, zwłaszcza politycy, używają go jako synonim słowa 'uległy'. Tymczasem oznacza ono po prostu pewność, że można na kimś polegać :) 
Krotochwila (swoją drogą to słowo odkryłam podczas lektury jednego ze zbioru opowiadań Edgara Allena Poego) to nic innego jak zabawny utwór dowcipny, albo (dawniej) żart, dowcip. 
Cinkciarstwo zaś (trochę jak chiński dziennikarz ;) to nielegalny obrót walutami, używany za czasów PRLu (potocznie). 
Imponderabilia (brzmi nieco egzotycznie, prawda?) to piękne określenie na rzeczy nieuchwytne, nienamacalne, np. uczucia. 
Pretensjonalny to wcale nie człowiek, który ma ciągle pretensje ;) To określenie osoby zachowującej się sztucznie i zbyt wyszukanej.
Zapewne każdy z nas oglądał Shreka. Czy jest jednak ktoś, kto nie zastanawiałby się, co to znaczy użyty tam wyraz ''anse"? ;) Otóż ansa to po prostu niechęć, pretensja (podobnie jak słowo animozja). 
Często mamy do czynienia z ludźmi, którzy opowiadają historie, które tak naprawdę nigdy nie miały miejsca - zmyślają je. Takie poczynania nazywamy konfabulacjami. 
Są też tacy, którzy nie dość, że zmyślają, to jeszcze buzia nigdy im się nie zamyka - taki słowotok nazywamy logoreą. 
Tromtadracja zaś oznacza krzykliwe przedstawianie jakichś poglądów lub haseł (brzmi znajomo ;) Bardzo często występuje w polityce). 

Podoba się Wam takie wydanie tego cyklu? Jeśli tak - po prostu mnie o tym poinformujcie, a ja co jakiś czas będę robić taką 'odskocznię' :)

Jeżeli chcecie, abym poruszyła jakąś kwestię, która Was interesuje, zachęcam do wysyłania e-maili! 
Poprzednie części Porozmawiajmy o języku:

środa, 22 stycznia 2014

Nagradzam samą siebie, czyli kolejny stos

Dzień dobry ;)
Dzisiejszy humor, który został nieco nadszarpnięty przez pierwsze spotkanie z soczewkami kontaktowymi i nieprzyjemną pogodę, poprawiła mi wizyta listonosza - przyszło moje zamówienie z księgarni na E - na co dzień z niej nie korzystam, bo jest drogo, ale od 15 stycznia do 4 lutego jest promocja, dzięki której można nabyć dwie książki z serii Uczta Wyobraźni, płacąc za jedną. Musiałam skorzystać ;) Podejrzewam, że chociaż pierwszy, to na pewno nie ostatni raz. 


Zaczynając od góry:
1. Smokobójca Pacyńskiego - podobnie jak dwie pozycje poniżej, efekt wyprzedaży książek Fabryki Słów. Mimo iż nie planowałam zamawiać bezpośrednio z ich strony, to w sobotę, będąc w Media Markcie, po prostu musiałam je kupić ;) 
2. i 3. Diabeł na wieży i Zabawki diabła Kańtoch - jeszcze nie czytałam żadnej książki tej autorki, a interesuje mnie od dawna. 
4. Wieki światła MacLeoda - wyżej wspomniana promocja 2w1. 
5. Tonąca dziewczyna Kiernan - to jedyna spośród książek Uczty Wyobraźni, której nie kupiłam, a dostałam od wydawnictwa. Już zaczęłam - zapowiada się znakomicie.
6 - 10. Maszyna różnicowa, Światło, Podziemia Veniss, Wurt, Finch - zakupy. 



\
A teraz słowo od siebie. Od kilku lat niemalże nie robię zakupów książkowych - zawsze znajdzie się jakiś inny wydatek, a regały i tak są wypełnione po brzegi. Jednak rzuciłam równe trzynaście dni temu palenie, co uważam za duży sukces, i postanowiłam sobie, że to będzie coś na kształt nagrody. Za wytrzymałość i podjęcie mądrej decyzji, o. Poza tym - co dwa dni kupowanie nowej paczki, to już 150 złotych miesięcznie - mnóstwo książek! A czy nie oczywistym jest, że lepiej spożytkować pieniążki na coś materialnego, co mogę mieć i mieć, niż na fajki, które śmierdzą, trują i niszczą urodę? ;) Odtąd nie zamierzam żałować sobie na książki (oczywiście z głową, chociaż obawiam się, że z tym będzie problem).
Wspomniałam na początku o soczewkach. Otóż dziś odebrałam moje od optyka, to mój pierwszy raz ze szkłami kontaktowymi. Nie lubię ich - bawiłam się i wściekałam ponad godzinę z założeniem ich, a wkładanie sobie czegoś dziwnego do oka nie należy do najprzyjemniejszych czynności, z jakimi się spotkałam. Teraz, gdy już wiem, iż noszę je poprawnie, lekko boli mnie głowa, a wszystko widzę z nienaturalnej perspektywy. Słowem - zachwycona nie jestem, ale liczę, że mój wzrok się przyzwyczai. A może tak powinno być? Czy ktoś z Was miał/ma styczność z soczewkami i może mnie oświecić? ;) 
Miłego dnia!

niedziela, 19 stycznia 2014

Trudi Canavan: ,,Gildia magów"


 Wydawnictwo: Galeria Książki 2007
 Język oryginału: angielski 
 Tytuł oryginału: 'The Magician's Guild'
 Przekład: Agnieszka Fulińska
 Liczba stron: 520 
 1 tom Trylogii Czarnego Maga

Gdy myślimy o literaturze fantasy, zazwyczaj pierwsze, co przychodzi nam na myśl, to Harry Potter albo Władcy pierścieni. Tymczasem jest jeszcze cała lista przynajmniej przyzwoitych utworów, na które miłośnicy tego odłamu fantastyki powinni zwrócić uwagę. Kiedy usłyszałam, że Trylogia Czarnego Maga, która wyszła spod pióra Trudi Canavan, jeszcze kilka lat temu znanej niemalże wyłącznie w rodzimej Australii, poczułam chęć sprawdzenia, czy rzeczywiście warto zapoznać się z dziełami tej pani.

Autorka wspomniała na swoim blogu, skąd przyszedł jej pomysł na tę książkę - otóż inspiracją do napisania pierwszego rozdziału Gildii Magów była Olimpiada w Barcelonie, gdzie władze miasta rozesłały po nim ciężarówki, które miały wywozić bezdomnych. Miało to na celu ''oczyszczenie" Barcelony i nadanie jej lepszego wyglądu. Ten samej nocy Trudi miała sen, w którym to ona znajduje się w tłumie ludzi do usunięcia przez... magów. 

Akcja książki dzieje się w Imardinie, stolicy Kyralii. To tutaj znajduje się tytułowa Gildia Magów. Od wielu lat urządzane są tu tzw. Czystki, to znaczy oczyszczanie miasta z włóczęgów i żebraków. Podczas kolejnej z nich Sonea, mieszkanka slumsów, wraz z przyjaciółmi, sabotuje magów uczestniczących w wydarzeniu - rzuca w nich kamieniami, wściekła za to, jak traktują jej rodzinę i bliskich. O dziwo, kamień przenika przez magiczną tarczę ochronną i, w przeciwieństwie do innych, uderza jednego z magów. Taka sytuacja dzieje się po raz pierwszy i wprowadza konsternację zarówno u jednej strony (slumsy), jak i u drugiej (Gildia Magów). Wiadomo jedno: osoba obdarzona zdolnościami magicznymi nie może przebywać poza terenem Gildii. 

Gildia Magów to typowa powieść fantasy. Znajdziemy w niej magię, przygodę, baśniowo wykreowany świat, czyli wszystko, czego można oczekiwać od tego typu książek. Mamy tu narrację personalną (czy też: trzecioosobową), a dwa wątki toczą się równolegle, dzięki czemu możemy dowiedzieć się, co się dzieje u obu stron utworu - Canavan na zmianę serwuje nam przebywanie wśród slumsów i ucieczkę przed magami, gdzie główną bohaterką jest Sonea, oraz pobyt w Gildii Magów, skąd możemy dowiedzieć się o najaktualniejszych planach i postępach w poszukiwaniach. Myślę, że to dobry zabieg, bowiem czytelnik wie, jak przedstawiane w książce sytuacje odbierają przeciwni sobie bohaterowie. 

Ogólnie rzecz biorąc, książka jest prosta jak konstrukcja cepa - do bólu przewidywalna, napisana niezbyt wyrafinowanym językiem (z czego szczególnie irytowała mnie kursywa, w której autorka widocznie bardzo się lubuje, a przecież czytelnik ma IQ na poziomie mchu i nie potrafi wyłapać w tekście ironii). Akcja płynie leniwie niczym niedzielne popołudnie - w zasadzie nie wiadomo po co, bo ucieczka głównej bohaterki opisana jest przez połowę powieści, a bez problemu mogłaby liczyć sobie połowę mniej i ani wartość merytoryczna, ani fabularna by na tym w żaden sposób nie ucierpiała. 

Książce brakuje pazura. Nie znajdziemy tu brutalności, tryskającej krwi, zwłok czy siekanki. Właściwie to trup był jeden, a sprawcy przez całą powieść byli nękani wyrzutami sumienia. Miłośnicy sprośnych żartów i wulgaryzmów w tekście przeliczą się, bo całość została pieczołowicie wybielona. Ponadto w Gildii Magów bohaterowie są stanowczo czarno-biali i nawet niezbyt uważny czytelnik z palcem w nosie będzie potrafił stwierdzić, kto jest dobry, a kto zły. Wydaje mi się, iż z tych względów utwór będzie lepiej odbierany przez młodszych czytelników, niż przez tych starszych, którzy zazwyczaj oczekują od lektury czegoś więcej, niż baśniowej opowieści z obowiązkowym happy endem. 

Na szczęście Gildia Magów ma również swoje plusy - jednym  nich jest to, że książkę czyta się bardzo szybko, lekko i przyjemnie. Postacie wykreowane przez Trudi Canavan wywołują uśmiech na twarzy, a fabuła wciąga. Poza tym autorka zręcznie opisała wszystkie trzy grupy mieszkańców Imardinu - złodziei, magów i bylców, czyli slumsów. W opisaniu świata przedstawionego Canavan sprawdziła się dobrze. 

Warto wspomnieć o mapkach i słowniczku umieszczonych w książce. Pomagają czytelnikowi wyobrazić sobie, jak wygląda Gildia Magów, Kyralia i Imardin. 

Gdybym miała opisać Gildię Magów jednym słowem, użyłabym przymiotnika - sympatyczna. Bo taka jest ta książka - niewymagająca myślenia, lekka, przyjemna i wciągająca. Idealna na zimowy wieczór pod kocem, w towarzystwie domowego pupila i kubka gorącej czekolady. Ja z chęcią przeczytam kolejne tomy. 

czwartek, 16 stycznia 2014

Witam gorąco w ten dość zimny dzień :)
Dziś czwartek, a więc czas na kolejne wydanie cyklu Porozmawiajmy o języku. Na dziś przygotowałam coś wyjątkowo (przynajmniej moim skromnym zdaniem ;) interesującego. Coś, na co wielu ludzi w ogóle nie zwraca uwagi albo nieświadomie popełnia błąd. 
Jak pisać przymiotniki powstałe od nazwisk? Może to stanowić nie lada dylemat, bo przecież z jednej strony przymiotniki pisane są małą literą, a z drugiej nazwisko piszemy wielką. Na szczęście na to, jak i na niemalże wszystko inne, znajdziemy wytłumaczenie w języku polskim.
Otóż przymiotniki, które mają na celu odpowiedzenie na pytanie CZYJ, pisane są literą wielką, na przykład: 
Dzieło Mickiewiczowskie nie podobało mi się.
Szekspirowska tragedia pt. ,,Romeo i Julia" mówi o tragicznej miłości. 
Marksowska ideologia do mnie nie przemawia.

Kiedy zatem piszemy te przymiotniki małą literą?Ano wtedy, gdy przymiotnik ten odpowiada na pytanie - JAKI? I kilka przykładów: 
Metafora mickiewiczowska - to znaczy podobna do tej Mickiewiczowskiej, ale stworzona przez innego autora. 
Tragedia szekspirowska - jak wyżej - przypominająca dzieła Szekspira. 

Jak widzimy - jest to bardzo proste i nie wymaga wielkiego główkowania. 

Jeżeli chcecie, abym poruszyła jakąś kwestię, która Was interesuje, zachęcam do wysyłania e-maili! 
Poprzednie części Porozmawiajmy o języku:

środa, 15 stycznia 2014

Jarosław Grzędowicz: ,,Wypychacz zwierząt"


 Wydawnictwo: Fabryka Słów 2013
 Język oryginału: polski
 Liczba stron: 480

Sięgnęłam po Wypychacza zwierząt zupełnie przypadkiem - robiłam akurat większe zakupy w Empiku, nie wiedziałam, co wybrać, a że zarówno grzbiet, jak i okładka tego zbioru opowiadań przykuła moją uwagę, a tytuł brzmiał intrygująco, kupiłam. I niech mi ktoś powie, iż wygląd nie ma znaczenia ;) 
Jest to drugie wydanie - pierwsze, z 2008 roku, prezentuje się moim zdaniem znacznie słabiej, okładka przypomina mi tani, kiczowaty horror, a przy okazji zdradza puentę jednego z opowiadań (celowo nie zdradzę, o które chodzi, żeby zupełnie nie popsuć niespodzianki tym, którzy jeszcze nie zapoznali się z utworem). 
W książce Wypychacz zwierząt kryje się trzynaście opowiadań, w tym tytułowe. Ja podzieliłam je na dwie grupy - tych bardzo krótkich, mających po góra dwadzieścia stron, i tych nieco bardziej rozwiniętych. Te pierwsze zostały napisane, jak zdradza Jarosław Grzędowicz w posłowiu, na potrzeby czasopisma Magazyn Faktu i miały być typowymi short stories. Inspiracją do pozostałych tekstów, co również wyjaśnia autor, były przeróżne czynniki. A skoro już o posłowiu wspomniałam, to warto napomknąć, iż zostało napisane z humorem (zwłaszcza odpowiedź Grzędowicza na standardowe pytanie - skąd czerpiesz pomysły?) i klasą. Dlatego ostrzegam tę część czytelników, którzy nie czytają wstępów ani posłowi, że w te kilka słów warto się jednak zagłębić. 
Zbiór porusza całą paletę tematów - od okultyzmu, przez świętego Mikołaja, po francuską rewolucję. Zostały one rozwinięte w zależności od długości opowiadania. Siedem najkrótszych tekstów charakteryzuje się nieoczekiwaną puentą, ostatnim zdaniem niewyjaśniającym wszystkiego do końca i pozostawiającym czytelnika w lekkiej konsternacji. 
Wypychacz zwierząt to moje pierwsze spotkanie z Jarosławem Grzędowiczem. Niewątpliwą zaletą jest jego styl pisania - błyskotliwy, okraszony nutką ironii i zdystansowania. Najbardziej podobały mi się short stories - z tymi inteligentnymi zakończeniami, o których już wspomniałam, a także z ciekawą fabułą. Niestety dłuższe opowiadania nie wywarły na mnie wrażenia - nierzadko miałam ochotę porzucić książkę w kąt, bo było nudno, a proza autora mnie nie wciągnęła i nie zainteresowała. Wyjątek stanowi Zegarmistrz i łowca motyli, bo ten tekst był umiarkowanie ciekawy, a kryptonimy trzech płatnych morderców mnie rozbawiły. 
Lekturę Wypychacza zwierząt zaliczam do średnio udanych, bowiem nawet jeśli kilka króciutkich opowiadań zdobyło moje uznanie, tak pozostałe zatarły dobre wrażenie. Być może to nie jest ten typ utworów, które przypadają mi do gustu, niemniej jednak nie skreślam od razu Jarosława Grzędowicza - na półce czeka pierwszy tom Pana Lodowego Ogrodu i teraz, po przeczytaniu tego zbioru, jestem jeszcze bardziej ciekawa, czy mi się spodoba.


Książka przeczytana w ramach wyzwania Fantastyczna Polska.