sobota, 28 maja 2011



 Wydawnictwo : Albatros 2010
  Tytuł oryginału : " Last Night at Chateau Marmont"
   Język oryginału : angielski
  Przekład : Magdalena Słysz 
  Liczba stron : 480
  Ocena wciągnięcia : 6
  Ocena ogólna : 5,5 


        Ostatnio moje tempo czytania załamuje mnie. Czytam praktycznie tylko w weekendy - polubiłam rozsiadanie się na fotelu, poranną kawkę i "Dzień Dobry TVN", na co niestety nie mogę sobie często pozwolić. Kilka zaczętych książek, mała ilość recenzji, chociaż wręcz przeciwna tych przysyłanych od wydawnictw - masakra. 
               Lauren Weisberger to autorka czterech książek - "Diabeł ubiera się u Prady", "W pogoni za Harrym Winstonem", "Portier nosi garnitur od Gabbany" oraz "Ostatnia noc w Chateu Marmont". Wszystkie zaliczane są do literatury kobiecej. Dotychczas miałam okazję przeczytać tylko "Diabła.." i "Ostatnią noc..". Jeśli chodzi o pierwszą to zdecydowanie wolę adaptację, druga zaś pozytywnie mnie zaskoczyła.
                   Brooke i Julian to młode, szczęśliwe małżeństwo. Ona - dietetyczka kochająca swoją pracę, on - muzyk od kilku lat pracujący nad swoją pierwszą płytą.  Brooke od lat wspiera męża - zarówno finansowo, jak i psychicznie. Ich spokojne, niemalże beztroskie życie zmienia się z dnia na dzień, kiedy Julian wydaje płytę i z niedocenianego amatora zmienia się w gwiazdę. Okazuje się, że sława ma swoją cenę - od teraz para może zapomnieć o jakiejkolwiek prywatności, a także o stabilizacji. 
                  Po literaturę kobiecą sięgam sporadycznie. W dodatku nigdy nie byłam przekonana do amerykańskich czytadeł, w których tematem głównym jest moda, a największym problemem bohaterów jest założenie odpowiednich butów czy zniszczona fryzura. Tego własnie spodziewałam się po "Ostatniej nocy w Chateu Marmont". Nic bardziej mylnego. To prawda, że w książce często padają nazwiska znanych (nie mi) gwiazd, użytych jednak w innym kontekście niż początkowo myślałam. 
                             Autorka porusza kilka problemów związanych ze sławą, na przykład brak prywatności - wyobraźcie sobie, jak trudno jest pozostać niezauważonym w miejscu pełnym niemających skrupułów paparazzi. A paradowanie po domu nago? Też się zdarza. Zresztą to normalne - w końcu na własnym terenie możemy robić, co nam się żywnie podoba. Nikomu jednak nie pozostanie obojętne swoje zdjęcie na stronie głównej jakiegoś brukowca. W dodatku zdjęcie, którego okoliczności powstania nie możemy sobie przypomnieć! Z takimi sprawami musiała zmierzać się Brooke Alter. 
                            Najistotniejszym problemem poruszanym przez panią Lauren Weisberger jest jednak nie tyle prywatność, co reakcja związków, na które sława spada jak grom z jasnego nieba. Pisarka uzmysławia czytelnikowi, że bardzo trudno jest poradzić sobie w małżeństwie, w którym jedna osoba odnosi sukces - zazwyczaj potrzeby i pasje tej drugiej są nieważne, pominięte, zapomniane. Brooke, jak wspominałam, bardzo lubiła swoją pracę. Kiedy wspomagała finansowo Juliana, pracowała - ba! harowała - jak wół na dwa etaty, z trudem znajdując czas dla swoich przyjaciół, męża i przyjemności. Muzycy zarabiają dużo, więc przez partnera była namawiana do rzucenia pracy. Aczkolwiek nie chodzi tylko o pieniądze - zdajecie sobie sprawę, jak ciężko jest utrzymać związek na odległość? Kariera muzyka wiąże się z ciągłymi wyjazdami, trasami koncertowymi, podróżami - Brooke przez swoje obowiązki nie mogła sobie pozwolić na towarzyszenie małżonkowi. Życie ze sobą na odległość nie występuje tylko u gwiazd - przecież w wielu rodzinach występuje podobna sytuacja : jeden z partnerów wyjeżdża (głównie do pracy) za granicę, służbowo albo nawet nieciekawie rozłożony harmonogram godzinny (od rana do nocy). Para czuje się wtedy skrępowana, brakuje czułości, rozmów, spędzania wspólnego czasu.. Tak, miłość na odległość to zdecydowanie często występujący problem. 
                       Nie chcę czepiać się głupot, zastanawia mnie jednak pewna rzecz - dlaczego w podanym fragmencie słowo "babysitterka" nie mogłoby być zastąpione zwykłym, polskim "opiekunka"? Ot, taka pierdoła, która nawet w minimalnym stopniu nie zmienia mojej oceny. Po prostu mnie to zastanawia. 
      "[...]nawaliła umówiona babysitterka."[431]
                           Książka "Ostatnia noc w Chateu Marmont" została napisana prostym, pełnym kolokwializmów językiem. Jest relaksująca, przyjemna i niesamowicie wciągająca, myślę, iż idealnie sprawdziłaby się w roli lektury na wakacje. Nie spodziewajcie się literatury z górnej półki, bo zwyczajnie się zawiedziecie - myślę jednak, że po ciężkim, stresującym dniu w pracy będzie jak znalazł. Polecam wszystkim, szczególnie kobietom. 
   



Reakcje:

11 komentarzy:

  1. Skoro to lekka literatura na odprężenie, to mi się zdecydowanie przyda po egzaminach:))

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapamiętam tę książkę, na wypadek gdybym potrzebowała lekkiej lektury do relaksu :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Książki L.W. są wg mnie bardzo nierówne. Diabeł... w moim odczuciu to najlepsza książka, a za to W pogoni za Harym Winstonem trochę mnie rozczarowała. W ramach relaksu z chęcią sięgnę po Ostatnia noc w Chateu Marmont. Całkiem pozytywna opinię wystawiłaś tej książce :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja czytałem "Diabła..." i podobało mi się...

    OdpowiedzUsuń
  5. Pisanyinaczej - o! Myślałam, że faceci nie lubią takich książek! Punkt dla Ciebie ;)

    Jusssi - a mnie się "Diabeł.." właśnie nie podobał, zdecydowanie bardziej wolę film. "W pogoni za Harrym WInstonem" nie czytałam, a bardzo bym chciała. Owszem, pozytywna opinia, jak najbardziej zasłużona. :)

    Annie - okej :)

    Kasia - Twój wybór.

    Kasandra - o, myślę, że to byłby dobry pomysł!

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak na razie mam "Diabła" w audiobooku i to na nim się skupię. A jak mi się spodoba, to zobaczymy co dalej... ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Zaciekawiłaś mnie, autorka jest całkiem niezła, a przyda mi się lżejsza lektura w jakże trudnym dla studenta czasie sesji :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Może kiedyś się skuszę ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. "Diabeł ubiera się u Prady" czytało mi sie szybko i przyjemnie, natomiast ekranizacja to majstersztyk, szczególnie ukłon należy się Meryl Streep. Chętnie sięgnę po kolejną książke tej autorki.

    OdpowiedzUsuń
  10. Jeśli chodzi o Weisberger, czytałam "Diabła" (Też wolę adaptację filmową) oraz "W pogoni..." - ta druga była lepsza, choć ostatecznie obie są słabe. Przyznaję jednak, że czasem faktycznie mam ochotę na coś odmóżdżającego. Właśnie w stylu "Chateau Mormont". Z pewnością nie kupię tej książki, ale może wypożyczyłabym ją z biblioteki. Recenzja nastawiła mnie przychylnie :)

    OdpowiedzUsuń