czwartek, 9 stycznia 2014

Porozmawiajmy o języku: tę czy tą? [5]

Dzień dobry :)
Z odcinka na odcinek zauważam coraz większe zainteresowanie niedawno rozpoczętym cyklem Porozmawiajmy o języku. Musicie wiedzieć, że bardzo mnie to cieszy, a świadomość, iż ktoś te moje wypociny czyta jest niezwykle motywująca. Przejdźmy jednak do sedna. 
W dzisiejszym wydaniu chcę poruszyć kwestię dotyczącą odmiany pewnego zaimka. Pomysł narodził się spontanicznie - zastanawiałam się akurat nad problemem, o którym chcę napisać i wpadło mi do głowy, że przecież jest taki diabełek, często wkradający się do naszych recenzji, a na który rzadko zwraca się uwagę. O co może chodzić?

Czy czytałeś już  książkę czy czy czytałeś już  książkę? Dla niektórych może to nie stanowić żadnej różnicy, jednak jest ona diametralna. Co tu jest grane? 
Otóż z zaimkiem TĘ łączymy rzeczownik liczby pojedynczej rodzaju żeńskiego w bierniku
np. Chciałabym zobaczyć tę osobę.  
      Czy mógłbyś podać mi tę solniczkę
      Pokaż mi tę książkę. 
      
Jeżeli zaś chodzi o zaimek TĄ, warto pamiętać, iż stosujemy go w połączeniu z narzędnikiem.
np. Zależało mi na tym, aby zapoznać się z tą dziewczyną
     Chciałam niezwłocznie uporać się z tą sytuacją.   
     Nie musiałam wstawać rano, więc zdecydowałam się spędzić noc z tą książką

Mówiąc skrótem: biernik - tę, a narzędnik - tą :) 
Oczywiście istnieje sposób na ułatwienie sobie tego zadania. Bardzo łatwym rozwiązaniem jest kojarzenie sobie końcówki wyrazu. O czym mówię? osobę - więc będzie na końcu tę. Książką - tą. Banalne! Ale uwaga! Ta prosta regułka sprawdza się tylko wtedy, gdy rzeczownik (rzecz jasna cały czas mówimy o tych w rodzaju żeńskim) jest zakończony na literę -a. W innych przypadkach, na przykład miedź i pani , nie da się łączyć (tak w myślach, no wiecie ;)) końcówki z zaimkiem, no bo jak? Gdzie tu ę, gdzie tu ą? No nie ma :) W tych przypadkach korzystamy z tej książkowej, wyżej opisanej zasady, biernik - tę, narzędnik - tą (widzę tę panią). 

Aha, zapomniałabym wspomnieć o istotnej sprawie - nie musimy się tak przejmować poprawnością stosowania tych zaimków w mowie potocznej :) Warto jednak pamiętać o tym, gdy piszemy (na przykład recenzję ;)). 

Jeżeli chcecie, abym poruszyła jakąś kwestię, która Was interesuje, zachęcam do wysyłania e-maili! 
Poprzednie części Porozmawiajmy o języku:

środa, 8 stycznia 2014

Oda do surrealizmu

Dobry wieczór,
dziś pisaniny nie będzie, a przynajmniej nie tak wiele. Przypadkowo na weheartit (jedyne źródło wszystkich poniższych obrazków) odkryłam dziś kilka pięknych cosiów, którymi pragnę się z Wami podzielić. Niech przemówią obrazy!








Powiedzcie mi, jak to z Wami jest - lubicie sztukę surrealistyczną czy niekoniecznie? ;)
Pozdrawiam! 

sobota, 4 stycznia 2014

Jacek Piekara: ,,Miecz Aniołów"


 Wydawnictwo: Fabryka Słów 2004
 Język oryginału: polski
 Liczba stron: 448
 Tom 3 cyklu inkwizytorskiego 



Z każdą recenzją kolejnego tomu cyklu o inkwizytorze Jacka Piekary mam coraz większą zagwozdkę. Moje zachwyty nad dziełami autora pozostają niezmienione, a nie chciałabym Was zanudzać, w koło Macieju powtarzając to samo. 
Mordimer Madderin, sługa Jego Ekscelencji biskupa Hez-Hezronu, nie próżnuje - po raz kolejny musi się zmierzyć z plugawymi heretykami, czarownicami, demonami i przerażającymi potworami, a przy tym zadowolić Gersarda, którego nastrój zależy od poziomu alkoholu we krwi i tego, czy wrzody i podagra nie są zbyt uciążliwe. Tak, moi drodzy - wasz uniżony sługa ma bardzo ciężki żywot, w towarzystwie pustej sakiewki i pluskiew kryjących się w każdej szczelinie jego sypialni, a mimo to wiernie i pokornie służy Panu naszemu, Jezusowi Chrystusowi. 
Podczas gdy Sługa Boży i Młot na czarownice były lekturą dość lekką i łatwą, Miecz Aniołów zmusza czytelnika do refleksji nad otaczającym go światem, a opowiadania są dłuższe, bardziej złożone i skomplikowane. Gołym okiem widać, że inkwizytor dojrzewa, poważnieje i uczy się na własnych błędach. Zachowuje, i całe szczęście, specyficzne poczucie humoru, cynizm i lubowanie się w sarkazmie. 
Od Mordimera Madderina możemy się wiele nauczyć. Jego mądrość życiowa imponuje, a uwagi, komentarze i przemyślenia są wciąż trafne i aktualne, można by rzec - ponadczasowe.
„Bo jeśli zadasz pytanie, uważaj: możesz usłyszeć odpowiedź. Szkoda, że niewielu ludzi pamięta o tej prostej prawdzie, naiwnie sądząc, że wiedza jest dobrem samym w sobie.”
„Bo znaczymy tylko tyle, na ile potrafimy wycenić się we własnych oczach.”
I jeszcze jeden cytat, który również zaskakuje swoją aktualnością ;) 
,,Gdyż uczciwi ludzie chcą zarobić na chleb własną pracą, a ci, co rządzą, chcą zarobić na luksusy, wykorzystując tych, co pracują. Bo nic innego robić nie umieją, jak tylko wymyślać durne przepisy i wprowadzać nowe podatki, żeby mogli więcej ukraść. A im więcej kradną, tym większy mają apetyt."

 Na kilka słów z całą pewnością zasługują bohaterowie drugoplanowi, towarzyszący Madderinowi w jego trudach życia codziennego. Jacek Piekara wykreował kilka naprawdę zabawnych i osobliwych postaci - bliźniacy, obdarzeni paranormalnymi zdolnościami, Kostuch, który wyglądem i zapachem odstraszy nawet największego śmiałka, biskup Gersard, którego nastroje zmieniają się niczym w kalejdoskopie, i wreszcie Anioł Stróż, najogromniejsza trwoga Mordimera. Między tym ostatnim a naszym inkwizytorem odbędzie się w Mieczu Aniołów pewna bardzo mądra rozmowa,  zdecydowanie skłaniająca do refleksji. 
Cykl inkwizytorski wkradł się bezczelnie do mojego serca i jestem pewna, że już na stałe się w nim rozgościł. Kolejne tomy łykam jak pierożki w święta ;), cały czas pragnąc więcej i więcej. I mimo jednej bardzo irytującej mnie rzeczy, mianowicie powtarzania przez Piekarę tych samych spraw milion razy, bo niemalże w każdym opowiadaniu (no bo ile razy można czytać o tym, że Kostuch śmierdzi i ma bliznę na twarzy, a Gersard jest zadowolony z mleka, które polecił mu Mordimer?), jestem zachwycona. Polecam!

Książka przeczytana w ramach wyzwania Fantastyczna Polska.

piątek, 3 stycznia 2014

J.M. McDermott: ,,Dzieci demonów"


 Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2012
 Język oryginału: angielski
 Tytuł oryginału: 'New Knew Another'
 Przekład: Kamil Lesiew
 Liczba stron: 272
 Tom pierwszy trylogii ,,Psia Ziemia"


Oto świat, w którym demonie pomioty nie mają prawa bytu. Wszystko, czego dotkną, ulega zniszczeniu, ich krew, pot i ślina są trucizną. Niełatwo ich jednak rozpoznać, ponieważ pozornie niczym się nie różnią od zwykłych ludzi. Wędrowcy Błogosławionej Erin mają za zadanie odnaleźć takie istoty i dopilnować, aby nie chodziły już nigdy więcej po tej ziemi. Napotykają na pierwszego plugawca, który jest martwy - muszą jednak zakończyć żywot dwóch pozostałych: młodej kobiety, żyjącej w biedzie i ubóstwie, oraz mężczyzny, który nic sobie nie robi z przekleństwa, jakie na niego spadło. 
J. M. McDermott wykreował brutalny, smutny świat, o którym tak naprawdę niewiele się dowiadujemy. Nie wyjaśnił nam, jakie panują w nim zasady, darował sobie plastyczne i pobudzające wyobraźnię opisywanie przyrody. Być może dlatego ta niewielka gabarytowo powieść jest tak sucho przedstawiona. Uważam jednak, iż nie wpłynęło to źle na całokształt - wręcz przeciwnie, wzmocniło mroczny i tajemniczy klimat utworu. 
Zarys bohaterów stanowi przeciwieństwo opisu świata. Postacie bowiem zostały przedstawione bardzo różnorodnie i barwnie - zmagają się z wieloma problemami, są ukazani w świetle różnych sytuacji. Największą część  z nich poznajemy przez wspomnienia zabitego demona, które odczytuje jedna z Wędrowców Błogosławionej Erin. 
No właśnie, o narracji warto byłoby wspomnieć - autor zrobił mały misz-masz, mianowicie teraźniejszość, opisywaną w pierwszej osobie przez Wędrowczynię Erin, pomieszał z przeszłością, to znaczy napomknięciami z życia Jony, demona, odczytywane w wyżej wspomniany sposób. Takich retrospekcji było w Dzieciach demonów najwięcej. Zabieg ten uznaję za korzystny, chociaż początkowo miałam niemałe obawy, czy nie wpłynie to negatywnie na moje zrozumienie powieści. Na szczęście - niesprawdzone. 
Atmosfera powieści przypomina mi trochę klimat z utworów Cormaca McCarthy'ego - w obu przypadkach jest mrocznie, przygnębiająco, smutnie, tajemniczo, nie ma miejsca na litość i empatię. 
Dzieci demonów nie wywarły na mnie dużego wrażenia - owszem, powieść podobała mi się, aczkolwiek nie na tyle, bym ze zniecierpliwieniem wyczekiwała drugiego tomu trylogii. Mimo wszystko, gdy tylko zaczęłam lekturę, spodziewałam się czegoś gorszego, bo początek książki był bardzo toporny, a do świata autor nawet czytelnika nie wprowadził, tylko raptownie go wepchnął. 
Kontynuację przeczytam jeśli będzie okazja - z czystej ciekawości, jak potoczą się losy demonów i Wędrowców Erin, bowiem J. M. McDermott zakończył tom pierwszy z wieloma niewyjaśnionymi wątkami. 

czwartek, 2 stycznia 2014

Witam!
W dzisiejszym wpisie zamierzam poruszyć kwestię z zakresu ortografii, która, dla nawet największego mola książkowego, może wydać się skomplikowana, pogmatwana i trudna. Osobiście dowiedziałam się o popełnianiu błędów związanych z tym tematem dopiero rok temu, gdy przygotowywałam się do miejskiego konkursu ortograficznego, sumiennie studiując słownik ortograficzny. Tematem na dziś będzie poprawne stosowanie łączników. 
Czy w wyrazie pseudo-Polak powinien być łącznik? Jak poprawnie napisać eks-Brytyjczyk? Czy użyć łącznika po słowach quasi oraz niby
Jeśli chodzi o dwa pierwsze pytania, sprawa jest nieco trudniejsza, niżbyśmy myśleli. Otóż warto zapamiętać, iż łącznika po wyrazach eks, arcy, super, anty, ultra, post i pseudo używamy tylko wtedy, gdy słowo, które chcemy określić tym przedrostkiem, to nazwa własna, na przykład narodowość (łatwiej: słowa pisane wielką literą). W pozostałych przypadkach, te i wszelkie inne przedrostki z rzeczownikami i przymiotnikami piszemy łącznie(więcej na ten temat w innej części Porozmawiajmy o języku). 
eks-Polak, super-Włochy, post-Jugosławia, pseudo-Amerykanin, anty-Platon
ALE: eksżona, pseudokibic, superczuły, antykatolik! 
Pozostały jeszcze dwa przedrostki, mianowicie niby- i quasi-. Musimy pamiętać, że one są ZAWSZE stosowane z łącznikiem (wyjątek stanowią nazwy biologiczne, np. nibynóżki, nibyliść, nibykłos!). 
niby-sukienka, quasi-Polak, niby-ludowy, quasi-oryginalny, niby-Włochy, quasi-platoński. 
Łącznika używamy również przy innych okazjach, takich jak określanie kolorów - ale tylko wtedy, gdy owe przymiotniki są równorzędne znaczeniowo. Pamiętajmy, że w takich sytuacjach zamiast łącznika możemy zastosować spójnik i - to znacznie ułatwi 'robotę' ;) Na przykład flaga biało-czerwona, słownik angielsko-polsko-włoski, skarpety czarno-różowo-zielone. (bez łącznika piszemy, gdy jeden kolor jest zawarty w drugim, np. jasnoróżowy, zachodniopolski). 
Na zakończenie dodam, że łącznika używamy również wtedy, gdy mamy przed sobą zestawienie dwóch zawsze występujących ze sobą wyrazów, takich jak kogel-mogel, czary-mary, stuku-puku, gadu-gadu. 

I na tym zakończę moje ortograficzne wywody. Mam nadzieję, że nikogo nie zanudziłam na śmierć, ale mnie te tematy bardzo interesują :) Poza tym na pewno się przydadzą!


Jeżeli chcecie, abym poruszyła jakąś kwestię, która Was interesuje, zachęcam do wysyłania e-maili! 
Poprzednie części Porozmawiajmy o języku: