czwartek, 30 stycznia 2014

Dwa podsumowania. Wyzwanie i prywata

Witam Was ciepło w przedostatni dzień stycznia :) 
Pierwszy miesiąc roku 2014 już niemal za nami. Mnie te trzydzieści dni zleciało w okamgnieniu, a za dwa tygodnie długo wyczekiwane ferie. Pogoda za oknem nie dopisuje - wierzcie mi, najchętniej zakopałabym się pod kołdrą z laptopem, książkami i słodkościami, bo jakiekolwiek wyjście na świeże powietrze to dla mnie katorga. No, ale do rzeczy. 
Nigdy nie pisałam podsumowań - być może żyłam w przekonaniu, że nie mam się czym chwalić, bo liczba książek, które czytam, nigdy nie powalała na kolana. Teraz mam pretekst - wypadałoby napisać kilka słów o tym, jak wypadliście w wyzwaniu Fantastyczna Polska, które organizuję.
Miesiąc styczeń, patrząc przez pryzmat wyzwania, wyszedł, moim zdaniem, trochę ubogo. Mam nadzieję, że w lutym uczestnicy będą mieli więcej okazji, aby czytać rodzimą fantastykę. Wielu z nich niestety nie przeczytało ani jednej książki, która klasyfikuje się do tematyki wyzwania. Pamiętajcie o regulaminowych dwóch miesiącach ;) 
Z dziesięciu uczestników tylko połowa w ogóle udzieliła się w ramach wyzwania. A oto, jak wyglądają statystyki: 
Najwięcej, czyli trzy książki w tym miesiącu, przeczytała TALA Z, gratuluję. Klikając w poniższe tytuły, przeniesiecie się bezpośrednio do bloga z recenzją. 

Na drugim miejscu jestem ja oraz Iwi Chan ;) W styczniu przeczytałyśmy dwie fantastyczne książki polskich autorów. Ja w przyszłości zamierzam ten wynik poprawić. 

Na trzecim miejscu idą łeb w łeb DżejEr Carmen,  oraz Marcela Pomper. Dodały po jednej recenzji. 


Uff, pierwszą część mamy już za sobą. Teraz czas na moje prywatne podsumowanie. 
W styczniu przeczytałam dziewięć książek (w zasadzie to jedna przesłuchana). Myślę, że to całkiem satysfakcjonujący wynik, chociaż chciałabym poprawić tempo czytania. 
Jedna książka, mianowicie ,,Rezydent wieży" Tuchorskiego, została przeze mnie porzucona w daleki kąt - po dwóch opowiadaniach się poddałam. Doszłam do wniosku, że szkoda czasu czytać coś, co zupełnie mi się nie podoba. 
Zdecydowanie najlepszymi książkami w tym miesiącu były dwie wydane w ramach serii Uczta Wyobraźni - Tonąca dziewczyna i Portret pani Charbuque. Asystentka pisarza fantasy. Zaraz potem są Miecz aniołów i Możemy cię zbudować
Przyjemną, acz niewymagającą lekturę stanowiły Gildia magów i niezrecenzowany jeszcze Statek śmierci. 
Wielkim rozczarowaniem okazał się zbiorek opowiadań Grzędowicza - Wypychacz zwierząt oraz mroczne dark fantasy Dzieci demonów
Najlepsze cytaty, zdecydowanie warte zapamiętania, które odkryłam w styczniu 2014, umieszczam poniżej. 
,,Zawsze jest jakaś syrena, próbująca śpiewem sprawić, abyśmy rozbili swój statek' - C. R. Kiernan, ,,Tonąca dziewczyna"
,,Bo znaczymy tylko tyle, na ile potrafimy wycenić się we własnych oczach." - J. Piekara, ,,Miecz aniołów"
W styczniu moja skromna (ta, jasne) biblioteczka powiększyła się o trzydzieści trzy książki (dwadzieścia jeden zostało już pokazanych, resztę zobaczycie w lutym:). Hipotetycznie ta ilość starczyłaby mi na trzy miesiące czytania. Cóż, trzeba być dalekowzrocznym i perspektywicznie patrzeć, w końcu nie wiadomo, kiedy nadejdzie czarna godzina ;) 
A na koniec info - od dziś cykl Porozmawiajmy o języku będzie ukazywał się co dwa tygodnie - jest to spowodowane brakiem czasu. 

Pozdrawiam! 

sobota, 25 stycznia 2014

Caitlin R. Kiernan: ,,Tonąca dziewczyna"


 Wydawnictwo: MAG 2014 
 Język oryginału: angielski 
 Tytuł oryginału: 'The Drowning Girl' 
 Przekład: Paulina Braiter 
 Liczba stron: 289

Przed przeczytaniem poniższej recenzji nalegam, abyście obejrzeli ten trailer. (Niestety blogger miał problem ze znalezieniem go w wyszukiwarce, dlatego nie został tu umieszczony bezpośrednio.)  

Już? Dziękuję.

Podobno pierwsze słowa w recenzji są najtrudniejsze do napisania. Pomyślcie zatem, że ten wpis składa się w całości z pierwszych słów, bo do stworzenia go zbieram się od wczoraj i wciąż mam pustkę w głowie. 

Tonąca dziewczyna to dziennik prowadzony przez Indię Morgan Phelps, dla przyjaciół Imp. Właścicielka jest schizofreniczką, ma rozdwojenie jaźni, Nie potrafi zaufać swoim myślom, nie wierzy swojemu umysłowi. Choroba w jej rodzinie jest dziedziczna - jej matka i babka "obdarowały" Imp zaburzeniami umysłowymi. To dlatego dziewczyna musi teraz zmagać się z własnym ja, nieustannie stawać między prawdą a faktem (i to wcale nie jest to samo, co Imp szybko wyjaśnia) i na każdym kroku spotykać się z syreną i wilkiem. 

W Tonącej dziewczynie nic nie jest oczywiste i bezpośrednie. Niemalże każdy akapit zmusza do myślenia, wypełniony licznymi metaforami, symbolami i metafizycznymi rozmyślaniami. Nawet narracja nie jest tu prosta - choć pierwszoosobowa, nie pozwala w pełni uwierzyć narratorce, która często ma podwójne wspomnienia tego samego wydarzenia, wdaje się w konwersację sama ze sobą. Imp jest zagubiona i sprawia, że czytelnik również się tak czuje. Jej słowa wywołują mętlik w głowie, który pozostaje na długo po zamknięciu książki. 

"Zawsze jest jakaś syrena, próbująca śpiewem sprawić, abyśmy rozbili swój statek." 
http://greygirlbeast.livejournal.com/800692.html
 W książce jest dużo opisów obrazów, chociażby tytułowego - "Tonącej dziewczyny" Philipa Georga Saltonstalla (1898)(umieszczony po prawo). Są precyzyjne, pozwalają na wyobrażenie sobie dzieła. Narratorka również jest artystką: chociaż zarówno maluje, jak i pisze opowiadania, sama siebie nazywa wyłącznie malarką, bo to lubi robić najbardziej. 

Tonącą dziewczynę można zaklasyfikować do podgatunku fantastyki, weird fiction. Jest przerażająca, niepokojąca, zmuszająca do głębokich refleksji, pełna mistycyzmu i magii, niedopowiedzeń. Chwilami ma się jej dosyć, pragnie się rzucić ją w najdalszy kąt, ale tylko po to, by za chwilę powrócić do lektury. Jest to bowiem historia, której nie da się całkowicie zrozumieć po pierwszym przeczytaniu, potrzeba dwóch, trzech, a może nawet więcej. 

,,Nie widziałam, by zbyt wielu z nich rozmawiało czy nawet czytało książkę albo gazetę. Niemal wszyscy byli zbyt zaprzątnięci swoimi gadżetami, by wdawać się w konwersacje. Pomyślałam o tym, jak  dziwne musi być takie życie. No, może nie dziwniejsze niż u kogoś, kto zawsze tkwi z nosem w książce, ale mnie wydawało się inne. Chłodniejsze, bardziej zdystansowane. Nie, sama nie wiem dlaczego tak uważam."
Tonąca dziewczyna to niesamowita, wzbudzająca całą gamę emocji książka. To kawał znakomitej prozy, do której chce się ciągle wracać, aby na nowo ją odkrywać. Wprowadzająca zamęt i niepozwalająca o sobie zapomnieć. Niepokojąca, niedosłowna, czasami straszna, ale wspaniała. Absolutnie obowiązkowa dla każdego. 


czwartek, 23 stycznia 2014

Witam wszystkich! ;) 
W Porozmawiajmy o języku zazwyczaj poruszam kwestie  gramatyczne i ortograficzne. Dzisiejszy wpis będzie zahaczał o inny, choć również bardzo ciekawy dział - językoznawstwo. Przedstawię Wam poniżej garść słów, o których znaczeniu mieliśmy błędne pojęcie (zazwyczaj ;) albo ich po prostu nie znaliśmy. Co więcej - bardzo przydatne. 

Zacznijmy od przymiotnika spolegliwy. Cóż ono może oznaczać? Wielu ludzi, zwłaszcza politycy, używają go jako synonim słowa 'uległy'. Tymczasem oznacza ono po prostu pewność, że można na kimś polegać :) 
Krotochwila (swoją drogą to słowo odkryłam podczas lektury jednego ze zbioru opowiadań Edgara Allena Poego) to nic innego jak zabawny utwór dowcipny, albo (dawniej) żart, dowcip. 
Cinkciarstwo zaś (trochę jak chiński dziennikarz ;) to nielegalny obrót walutami, używany za czasów PRLu (potocznie). 
Imponderabilia (brzmi nieco egzotycznie, prawda?) to piękne określenie na rzeczy nieuchwytne, nienamacalne, np. uczucia. 
Pretensjonalny to wcale nie człowiek, który ma ciągle pretensje ;) To określenie osoby zachowującej się sztucznie i zbyt wyszukanej.
Zapewne każdy z nas oglądał Shreka. Czy jest jednak ktoś, kto nie zastanawiałby się, co to znaczy użyty tam wyraz ''anse"? ;) Otóż ansa to po prostu niechęć, pretensja (podobnie jak słowo animozja). 
Często mamy do czynienia z ludźmi, którzy opowiadają historie, które tak naprawdę nigdy nie miały miejsca - zmyślają je. Takie poczynania nazywamy konfabulacjami. 
Są też tacy, którzy nie dość, że zmyślają, to jeszcze buzia nigdy im się nie zamyka - taki słowotok nazywamy logoreą. 
Tromtadracja zaś oznacza krzykliwe przedstawianie jakichś poglądów lub haseł (brzmi znajomo ;) Bardzo często występuje w polityce). 

Podoba się Wam takie wydanie tego cyklu? Jeśli tak - po prostu mnie o tym poinformujcie, a ja co jakiś czas będę robić taką 'odskocznię' :)

Jeżeli chcecie, abym poruszyła jakąś kwestię, która Was interesuje, zachęcam do wysyłania e-maili! 
Poprzednie części Porozmawiajmy o języku:

środa, 22 stycznia 2014

Dzień dobry ;)
Dzisiejszy humor, który został nieco nadszarpnięty przez pierwsze spotkanie z soczewkami kontaktowymi i nieprzyjemną pogodę, poprawiła mi wizyta listonosza - przyszło moje zamówienie z księgarni na E - na co dzień z niej nie korzystam, bo jest drogo, ale od 15 stycznia do 4 lutego jest promocja, dzięki której można nabyć dwie książki z serii Uczta Wyobraźni, płacąc za jedną. Musiałam skorzystać ;) Podejrzewam, że chociaż pierwszy, to na pewno nie ostatni raz. 


Zaczynając od góry:
1. Smokobójca Pacyńskiego - podobnie jak dwie pozycje poniżej, efekt wyprzedaży książek Fabryki Słów. Mimo iż nie planowałam zamawiać bezpośrednio z ich strony, to w sobotę, będąc w Media Markcie, po prostu musiałam je kupić ;) 
2. i 3. Diabeł na wieży i Zabawki diabła Kańtoch - jeszcze nie czytałam żadnej książki tej autorki, a interesuje mnie od dawna. 
4. Wieki światła MacLeoda - wyżej wspomniana promocja 2w1. 
5. Tonąca dziewczyna Kiernan - to jedyna spośród książek Uczty Wyobraźni, której nie kupiłam, a dostałam od wydawnictwa. Już zaczęłam - zapowiada się znakomicie.
6 - 10. Maszyna różnicowa, Światło, Podziemia Veniss, Wurt, Finch - zakupy. 



\
A teraz słowo od siebie. Od kilku lat niemalże nie robię zakupów książkowych - zawsze znajdzie się jakiś inny wydatek, a regały i tak są wypełnione po brzegi. Jednak rzuciłam równe trzynaście dni temu palenie, co uważam za duży sukces, i postanowiłam sobie, że to będzie coś na kształt nagrody. Za wytrzymałość i podjęcie mądrej decyzji, o. Poza tym - co dwa dni kupowanie nowej paczki, to już 150 złotych miesięcznie - mnóstwo książek! A czy nie oczywistym jest, że lepiej spożytkować pieniążki na coś materialnego, co mogę mieć i mieć, niż na fajki, które śmierdzą, trują i niszczą urodę? ;) Odtąd nie zamierzam żałować sobie na książki (oczywiście z głową, chociaż obawiam się, że z tym będzie problem).
Wspomniałam na początku o soczewkach. Otóż dziś odebrałam moje od optyka, to mój pierwszy raz ze szkłami kontaktowymi. Nie lubię ich - bawiłam się i wściekałam ponad godzinę z założeniem ich, a wkładanie sobie czegoś dziwnego do oka nie należy do najprzyjemniejszych czynności, z jakimi się spotkałam. Teraz, gdy już wiem, iż noszę je poprawnie, lekko boli mnie głowa, a wszystko widzę z nienaturalnej perspektywy. Słowem - zachwycona nie jestem, ale liczę, że mój wzrok się przyzwyczai. A może tak powinno być? Czy ktoś z Was miał/ma styczność z soczewkami i może mnie oświecić? ;) 
Miłego dnia!

niedziela, 19 stycznia 2014

Trudi Canavan: ,,Gildia magów"


 Wydawnictwo: Galeria Książki 2007
 Język oryginału: angielski 
 Tytuł oryginału: 'The Magician's Guild'
 Przekład: Agnieszka Fulińska
 Liczba stron: 520 
 1 tom Trylogii Czarnego Maga

Gdy myślimy o literaturze fantasy, zazwyczaj pierwsze, co przychodzi nam na myśl, to Harry Potter albo Władcy pierścieni. Tymczasem jest jeszcze cała lista przynajmniej przyzwoitych utworów, na które miłośnicy tego odłamu fantastyki powinni zwrócić uwagę. Kiedy usłyszałam, że Trylogia Czarnego Maga, która wyszła spod pióra Trudi Canavan, jeszcze kilka lat temu znanej niemalże wyłącznie w rodzimej Australii, poczułam chęć sprawdzenia, czy rzeczywiście warto zapoznać się z dziełami tej pani.

Autorka wspomniała na swoim blogu, skąd przyszedł jej pomysł na tę książkę - otóż inspiracją do napisania pierwszego rozdziału Gildii Magów była Olimpiada w Barcelonie, gdzie władze miasta rozesłały po nim ciężarówki, które miały wywozić bezdomnych. Miało to na celu ''oczyszczenie" Barcelony i nadanie jej lepszego wyglądu. Ten samej nocy Trudi miała sen, w którym to ona znajduje się w tłumie ludzi do usunięcia przez... magów. 

Akcja książki dzieje się w Imardinie, stolicy Kyralii. To tutaj znajduje się tytułowa Gildia Magów. Od wielu lat urządzane są tu tzw. Czystki, to znaczy oczyszczanie miasta z włóczęgów i żebraków. Podczas kolejnej z nich Sonea, mieszkanka slumsów, wraz z przyjaciółmi, sabotuje magów uczestniczących w wydarzeniu - rzuca w nich kamieniami, wściekła za to, jak traktują jej rodzinę i bliskich. O dziwo, kamień przenika przez magiczną tarczę ochronną i, w przeciwieństwie do innych, uderza jednego z magów. Taka sytuacja dzieje się po raz pierwszy i wprowadza konsternację zarówno u jednej strony (slumsy), jak i u drugiej (Gildia Magów). Wiadomo jedno: osoba obdarzona zdolnościami magicznymi nie może przebywać poza terenem Gildii. 

Gildia Magów to typowa powieść fantasy. Znajdziemy w niej magię, przygodę, baśniowo wykreowany świat, czyli wszystko, czego można oczekiwać od tego typu książek. Mamy tu narrację personalną (czy też: trzecioosobową), a dwa wątki toczą się równolegle, dzięki czemu możemy dowiedzieć się, co się dzieje u obu stron utworu - Canavan na zmianę serwuje nam przebywanie wśród slumsów i ucieczkę przed magami, gdzie główną bohaterką jest Sonea, oraz pobyt w Gildii Magów, skąd możemy dowiedzieć się o najaktualniejszych planach i postępach w poszukiwaniach. Myślę, że to dobry zabieg, bowiem czytelnik wie, jak przedstawiane w książce sytuacje odbierają przeciwni sobie bohaterowie. 

Ogólnie rzecz biorąc, książka jest prosta jak konstrukcja cepa - do bólu przewidywalna, napisana niezbyt wyrafinowanym językiem (z czego szczególnie irytowała mnie kursywa, w której autorka widocznie bardzo się lubuje, a przecież czytelnik ma IQ na poziomie mchu i nie potrafi wyłapać w tekście ironii). Akcja płynie leniwie niczym niedzielne popołudnie - w zasadzie nie wiadomo po co, bo ucieczka głównej bohaterki opisana jest przez połowę powieści, a bez problemu mogłaby liczyć sobie połowę mniej i ani wartość merytoryczna, ani fabularna by na tym w żaden sposób nie ucierpiała. 

Książce brakuje pazura. Nie znajdziemy tu brutalności, tryskającej krwi, zwłok czy siekanki. Właściwie to trup był jeden, a sprawcy przez całą powieść byli nękani wyrzutami sumienia. Miłośnicy sprośnych żartów i wulgaryzmów w tekście przeliczą się, bo całość została pieczołowicie wybielona. Ponadto w Gildii Magów bohaterowie są stanowczo czarno-biali i nawet niezbyt uważny czytelnik z palcem w nosie będzie potrafił stwierdzić, kto jest dobry, a kto zły. Wydaje mi się, iż z tych względów utwór będzie lepiej odbierany przez młodszych czytelników, niż przez tych starszych, którzy zazwyczaj oczekują od lektury czegoś więcej, niż baśniowej opowieści z obowiązkowym happy endem. 

Na szczęście Gildia Magów ma również swoje plusy - jednym  nich jest to, że książkę czyta się bardzo szybko, lekko i przyjemnie. Postacie wykreowane przez Trudi Canavan wywołują uśmiech na twarzy, a fabuła wciąga. Poza tym autorka zręcznie opisała wszystkie trzy grupy mieszkańców Imardinu - złodziei, magów i bylców, czyli slumsów. W opisaniu świata przedstawionego Canavan sprawdziła się dobrze. 

Warto wspomnieć o mapkach i słowniczku umieszczonych w książce. Pomagają czytelnikowi wyobrazić sobie, jak wygląda Gildia Magów, Kyralia i Imardin. 

Gdybym miała opisać Gildię Magów jednym słowem, użyłabym przymiotnika - sympatyczna. Bo taka jest ta książka - niewymagająca myślenia, lekka, przyjemna i wciągająca. Idealna na zimowy wieczór pod kocem, w towarzystwie domowego pupila i kubka gorącej czekolady. Ja z chęcią przeczytam kolejne tomy. 

czwartek, 16 stycznia 2014

Witam gorąco w ten dość zimny dzień :)
Dziś czwartek, a więc czas na kolejne wydanie cyklu Porozmawiajmy o języku. Na dziś przygotowałam coś wyjątkowo (przynajmniej moim skromnym zdaniem ;) interesującego. Coś, na co wielu ludzi w ogóle nie zwraca uwagi albo nieświadomie popełnia błąd. 
Jak pisać przymiotniki powstałe od nazwisk? Może to stanowić nie lada dylemat, bo przecież z jednej strony przymiotniki pisane są małą literą, a z drugiej nazwisko piszemy wielką. Na szczęście na to, jak i na niemalże wszystko inne, znajdziemy wytłumaczenie w języku polskim.
Otóż przymiotniki, które mają na celu odpowiedzenie na pytanie CZYJ, pisane są literą wielką, na przykład: 
Dzieło Mickiewiczowskie nie podobało mi się.
Szekspirowska tragedia pt. ,,Romeo i Julia" mówi o tragicznej miłości. 
Marksowska ideologia do mnie nie przemawia.

Kiedy zatem piszemy te przymiotniki małą literą?Ano wtedy, gdy przymiotnik ten odpowiada na pytanie - JAKI? I kilka przykładów: 
Metafora mickiewiczowska - to znaczy podobna do tej Mickiewiczowskiej, ale stworzona przez innego autora. 
Tragedia szekspirowska - jak wyżej - przypominająca dzieła Szekspira. 

Jak widzimy - jest to bardzo proste i nie wymaga wielkiego główkowania. 

Jeżeli chcecie, abym poruszyła jakąś kwestię, która Was interesuje, zachęcam do wysyłania e-maili! 
Poprzednie części Porozmawiajmy o języku:

środa, 15 stycznia 2014


 Wydawnictwo: Fabryka Słów 2013
 Język oryginału: polski
 Liczba stron: 480

Sięgnęłam po Wypychacza zwierząt zupełnie przypadkiem - robiłam akurat większe zakupy w Empiku, nie wiedziałam, co wybrać, a że zarówno grzbiet, jak i okładka tego zbioru opowiadań przykuła moją uwagę, a tytuł brzmiał intrygująco, kupiłam. I niech mi ktoś powie, iż wygląd nie ma znaczenia ;) 
Jest to drugie wydanie - pierwsze, z 2008 roku, prezentuje się moim zdaniem znacznie słabiej, okładka przypomina mi tani, kiczowaty horror, a przy okazji zdradza puentę jednego z opowiadań (celowo nie zdradzę, o które chodzi, żeby zupełnie nie popsuć niespodzianki tym, którzy jeszcze nie zapoznali się z utworem). 
W książce Wypychacz zwierząt kryje się trzynaście opowiadań, w tym tytułowe. Ja podzieliłam je na dwie grupy - tych bardzo krótkich, mających po góra dwadzieścia stron, i tych nieco bardziej rozwiniętych. Te pierwsze zostały napisane, jak zdradza Jarosław Grzędowicz w posłowiu, na potrzeby czasopisma Magazyn Faktu i miały być typowymi short stories. Inspiracją do pozostałych tekstów, co również wyjaśnia autor, były przeróżne czynniki. A skoro już o posłowiu wspomniałam, to warto napomknąć, iż zostało napisane z humorem (zwłaszcza odpowiedź Grzędowicza na standardowe pytanie - skąd czerpiesz pomysły?) i klasą. Dlatego ostrzegam tę część czytelników, którzy nie czytają wstępów ani posłowi, że w te kilka słów warto się jednak zagłębić. 
Zbiór porusza całą paletę tematów - od okultyzmu, przez świętego Mikołaja, po francuską rewolucję. Zostały one rozwinięte w zależności od długości opowiadania. Siedem najkrótszych tekstów charakteryzuje się nieoczekiwaną puentą, ostatnim zdaniem niewyjaśniającym wszystkiego do końca i pozostawiającym czytelnika w lekkiej konsternacji. 
Wypychacz zwierząt to moje pierwsze spotkanie z Jarosławem Grzędowiczem. Niewątpliwą zaletą jest jego styl pisania - błyskotliwy, okraszony nutką ironii i zdystansowania. Najbardziej podobały mi się short stories - z tymi inteligentnymi zakończeniami, o których już wspomniałam, a także z ciekawą fabułą. Niestety dłuższe opowiadania nie wywarły na mnie wrażenia - nierzadko miałam ochotę porzucić książkę w kąt, bo było nudno, a proza autora mnie nie wciągnęła i nie zainteresowała. Wyjątek stanowi Zegarmistrz i łowca motyli, bo ten tekst był umiarkowanie ciekawy, a kryptonimy trzech płatnych morderców mnie rozbawiły. 
Lekturę Wypychacza zwierząt zaliczam do średnio udanych, bowiem nawet jeśli kilka króciutkich opowiadań zdobyło moje uznanie, tak pozostałe zatarły dobre wrażenie. Być może to nie jest ten typ utworów, które przypadają mi do gustu, niemniej jednak nie skreślam od razu Jarosława Grzędowicza - na półce czeka pierwszy tom Pana Lodowego Ogrodu i teraz, po przeczytaniu tego zbioru, jestem jeszcze bardziej ciekawa, czy mi się spodoba.


Książka przeczytana w ramach wyzwania Fantastyczna Polska.

wtorek, 14 stycznia 2014

Philip K. Dick: ,,Możemy cię zbudować"


 Wydawnictwo: Rebis 1996
 Język oryginału: angielski
 Tytuł oryginału: 'We Can Build You'
 Przekład: Tomasz Hornowski
 Liczba stron: 242

Wyobraźcie sobie świat, w którym żywi mogą pobudzać do życia zmarłych. Za kilka tysięcy złotych moglibyście mieć na własność swojego własnego Napoleona, Józefa Piłsudskiego, Katarzynę II albo Adolfa Hitlera. Co lepsze - w każdej chwili mielibyście możliwość wyłączenia tych postaci, wystarczy tylko pokombinować z kilkoma kabelkami. Czy to nie brzmi... ekscytująco? Philip K. Dick, kreując rzeczywistość, w której pojawiają się homunkulusy, udowadnia, że wszystko ma swoje ciemne strony. 
Akcja powieści dzieje się na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku w Stanach Zjednoczonych. To tutaj Louis Rosen pracuje jako współwłaściciel firmy Wyspecjalizowane Amerykańskie Materiały Akustyczne, sprzedając elektryczne organy i klawikordy. Gdy bohater poznaje Pris Rock, córkę swojego kierownika, oraz homunkulusa Abrahama Lincolna, zaczyna cierpieć na chorobę psychiczną i rozdwojenie jaźni - z jednej strony jest romantykiem, zakochanym po uszy i marzącym o spokojnej przyszłości z ukochaną, a z drugiej budzi się w nim nieokrzesana ambicja i pragnienie powiększenia grona grubych ryb biznesu. 
Philip K. Dick po raz kolejny skłania się ku narracji pierwszoosobowej, co znacznie wzmocniło wartość książki - dzięki temu możemy bezpośrednio od głównego bohatera dowiedzieć się, co siedzi mu w głowie, o czym rozmyśla i jak odbiera otaczający go świat i niektóre sytuacje. Nie byłoby to tak istotne, gdyby nie fakt, że w Możemy cię zbudować to psychika ludzka, w tym właśnie Louisa Rosena, odgrywa kluczową rolę. 
Już po przeczytaniu kilku pierwszych stron przypomniałam sobie, za co tak lubię dzieła tego jednego z najpopularniejszych autorów science-fiction. Philip K. Dick ma swój unikatowy, na pozór niewyróżniający się niczym szczególnym styl pisania, jednocześnie lekki i trochę wyrafinowany. To, co czyni go jedynym w swoim rodzaju to duża, acz subtelna dawka humoru, która objawia się nie tylko w niebanalnych dialogach, ale także w samej kreacji bohaterów. 
Możemy cię zbudować opowiada głównie o kontaktach międzyludzkich oraz o tym, co mają wspólnego, a czym się różnią maszyny od istot żywych. Czy rzeczywiście te drugie mają więcej empatii, rozumu i człowieczeństwa? Dick porusza kwestię moralności  i tego, jak ona ewaluowała przez kilkanaście, kilkadziesiąt lat - porównując postacie historyczne, takie jak były prezydent Stanów Zjednoczonych, z tymi dzisiejszymi. 
,,Ludzie chorzy psychicznie przepadają za pracą twórczą." 
Tych wyżej wymienionych nie zabrakło w utworze Dicka, co, jak powoli zauważam, jest małą tradycją tego autora. Ogólnie rzeczy biorąc, w Możemy cię zbudować pojawia się kilka interesujących, ekscentrycznych i kontrowersyjnych postaci. Przy okazji chorób psychicznych warto wspomnieć o nieco przerażającym wytworze wyobraźni Philipa K. Dicka - mianowicie o Federalnym Biurze Chorób Psychicznych, instytucji mającej za zadanie, jak sama nazwa wskazuje, wyłapywać ludzi z problemami umysłowymi i umilać im życie pobytem w szpitalu psychiatrycznym. Czy to nie brzmi strasznie? 
Możemy cię zbudować to książka zdecydowanie warta uwagi nie tylko ze względu na świetne, fantastycznonaukowe tło, ale także przez starannie zarysowany wątek filozoficzny, skupiający się na mentalności i osobowości ludzkiej. Czasem potrzebujemy przystanąć i zastanowić się chwilę nad tym, co właściwie oznacza człowieczeństwo i czy nie jest już ono pojęciem wymarłym, a powieść Philipa K. Dicka to dobra okazja. 

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Na dobry początek roku... stosik

Witam :) 
Za oknem śnieg pierwszy raz w tym roku, z czego wcale się nie cieszę. Wręcz przeciwnie, miałam cichutką nadzieję, że ten biały puch całkiem o nas zapomni i nie zaszczyci obecnością, a mój wyjazd w ferie do Zakopanego wcale nie będzie taki mroźny ;) No, ale nic to. Każdy mól książkowy wie, że nawet największe mrozy rozgrzać może przyzwoita książka, a zaczytaną głowę do góry może podnieść listonosz pukający do drzwi. Tak też było dzisiaj. 
Drodzy państwo, prezentuję Wam stos, który uzbierał się u mnie w ciągu, hmm, dwóch tygodni z kawałkiem. Nie jest źle - ani za dużo, ani za mało, ''symbolicznie" ;) 11 książek. I uwaga - ani jednej nie kupiłam, wszystko, poza jedną wygraną, to efekt wymian. 

Całość, czyli dwa skromne stosiki.

 Stosik prawy. Od góry:
1. Brak złudzeń Marcina Pietraszka to wygrana u izusr - jeszcze raz dzięki! :)
2. Sacred. Anielska krew Steve Whitton - podobno jest gra komputerowa, ale zupełnie nie tym kierowałam się, gdy 'brałam' tę pozycję, bo ja jestem zupełnym laikiem jeśli chodzi o gry - ot, pogram w 'Gotowe na wszystko' albo Zumę, ale nic więcej ;) Wydaje się ciekawa.
3. Fiolet Magdaleny Kozak - bo chcę nadrobić braki, jeśli chodzi o polską fantastykę ;)
4. Synowie boga M. D. Lachlan - lubię tę serię wydawnictwa Prószyński i S-ka, toteż skusiłam się.
5. Mówca umarłych Orsona Scotta Carda - mam już, łącznie z tą, chyba sześć książek tego autora, a brakowało mi drugiej części ''Gry Endera" :)
Lewy stosik: 
6 i 7. Rezydent wieży księga I; księga II Andrzeja Tuchorskiego - podobno kicha, ale spróbuję, czemu nie. 
8. Posępna litość Tobin LaFevers - również czysta ciekawość. 
9. i 10. Świat jest pełen chętnych suk i Przenajświętsza Rzeczpospolita Jacka Piekary - przyszły dzisiaj. Dlaczego Piekara, wyjaśniać chyba nie trzeba ;) Już ostrzę pazurki. 
11. Szwedzki Death Metal Daniela Ekerotha - co prawda jeśli chodzi o muzykę, to zdecydowanie moim numerem jeden jest punk, ale metal też lubię, a death interesuje mnie jak żaden inny podgatunek. Poza tym ta książka nie jest tylko dla mnie - wymieniłam się również z myślą o moim lubym, miłośniku metalu, oraz tacie - również pasjonacie tego gatunku. 




Na koniec pochwalę się nowym gadżetem książkowym, który również dzisiaj został przytargany przez listonosza. Niedawno luby na allegro zamówił mi mobilną lampeczkę do czytania, bo nienawidzi, gdy świecę mu po oczach, gdy on próbuje usnąć, a ja chcę czytać - i oto mam. Maleńka, zmieści się nawet do najmniejszej torebki, ba, do kieszeni. Całkiem praktyczna :) 

czwartek, 9 stycznia 2014


 Wydawnictwo: Mag 2013
 Język oryginału: angielski
 Tytuł oryginału: 'The Portrait of Mrs. Charbuque. The Fantasy Writer's Assistant'
 Przekład: Robert Waliś
 Seria: Uczta Wyobraźni
 Liczba stron: 528

Uczta Wyobraźni to prawdopodobnie jedyna w Polsce seria wydawnicza, której niemalże wszystkie pozycje zachwycają zarówno laików, jak i starych wyjadaczy fantastyki. Wydawana przed wydawnictwo MAG w eleganckich, twardych okładkach, może stanowić imponującą kolekcję wyszukanych i starannie wyselekcjonowanych utworów. Miałam okazję przekonać się o tym, że Uczta Wyobraźni to nomen omen,czytając jedną z książek Jeffreya Forda. 
MAG serwuje nam dwie perły literackie zawarte w jednym egzemplarzu. Znajdziemy tu zbiór opowiadań pt. Asystentka pisarza fantasy oraz powieść Portret pani Charbuque. Swoją drogą, to wręcz dziwne, że w dobie utworów celowo rozbijanych na dwie, a nierzadko nawet na trzy części przez chciwość wydawnictw, MAG tak pomysłowo zespolił dwa dzieła jednego autora. 

Asystentka pisarza fantasy to ten typu zbioru opowiadań, w którym każdy tekst obejmuje zupełnie inną tematykę. Jest ich aż szesnaście, żaden nie ma więcej niż 20 stron (z wyjątkiem ostatniego, Jasnego poranka) - wystarczająco, aby wprowadzić czytelnika do świata przedstawionego, a zarazem nie na tyle dużo, aby nudzić. 
Opowiadania są bardzo różnorodne - znajdziemy tu zarówno fantasy, jak i science-fiction. Każde z nich przedstawia zupełnie inną historię. Teksty w Asystentce... mówią o losach chłopca próbującego zrozumieć ks. Rodzaju (Stworzenie) i planety zamieszkanej przez podobne do robaków stworzenia zakochane w filmach i dealujące kulami gnoju służącymi za afrodyzjak (Miasto Egzo-Szkieletów). Spotkamy się również z siedemnastoletnią miłośniczką słowa pisanego, która jest asystentką zamkniętego w sobie pisarza, który stracił wenę (tytułowe opowiadanie) oraz z pałacową świtą pragnącą pomóc swemu panu, księciu, odzyskać spokój ducha i szczęście (Reparata). Przekonamy się, jak wyglądają przejażdżki Jezusa i Diabła (W drodze do Nowego Egiptu), a także jak w świecie rzeczywistym radzą sobie zombie(Zombie Malthusiana). A teraz wyobraźcie sobie, że to tylko kropla w morzu ciekawych i oryginalnych historii z tego zbioru. Umysł Jeffreya Forda to kopalnia pomysłów.
Opowiadania Forda wywarły na mnie ogromne wrażenie. Podczas lektury niektórych z nich śmiałam się, inne mnie dziwiły i przerażały. Część utworów ma podłoże moralistyczne, na przykład Stworzenie, Asystentka pisarza fantasy, Słodki węzeł i Reparata. Po przeczytaniu musiałam zastanowić się nad puentą, którą pisarz przelał na papier niebezpośrednio. Moim zdaniem pozytywnie wpłynęło to na wartość książki. 
Opowiadanie Reparata to taka baśń dla dorosłych. Mamy tu pałac, księcia pogrążonego w smutku po stracie ukochanej i stworzenie zjadające stopniowo cały zamek. Ten utwór był jednym z lepszych. 
W zbiorku wydawnictwo umieściło komentarze autora do każdego z opowiadań. Muszę przyznać, że bardzo mi się to podobało - mogłam dowiedzieć się, w jakich okolicznościach Ford pisał dany tekst i kim się inspirował (a tych drugich było sporo). Chyba nigdy wcześniej nie spotkałam się z podobnym zabiegiem - utwierdził mnie w przekonaniu, że to wydawnictwo do książek podchodzi poważnie i z szacunkiem do czytelników.

Portret pani Charbuque to druga część książki. W przeciwieństwie do Asystentki..., to powieść licząca sobie ponad dwieście stron, której fabułę można opisać za pomocą cytatu z książki.

,, - Nie chciałbym wyjść na impertynenta, pani Charbuque, ale czy mogę spytać, dlaczego rozmawiamy rozdzieleni parawanem?

   - Ponieważ nie może mnie pan zobaczyć, panie Piambo. 
   - Jak zatem mam panią namalować, skoro pani nie widzę? - spytałem ze śmiechem. 
   - Sądzi pan, że zaproponowałabym tak olbrzymią sumę za zwyczajny portret? Nie brakuje mi pieniędzy, drogi panie, ale nie jestem rozrzutna.  
   - Wybacz pani, ale nic nie rozumiem. 
   - Ależ z pewnością pan rozumie, panie Piambo. Musi mnie pan namalować, mimo że mnie pan nie widzi.
   (...) 
   - Może mi pani opowiedzieć, jak sobie to wyobraża? 
   - Oczywiście. Będzie mnie pan tutaj odwiedzał, siadał przed parawanem i zadawał mi pytania. Na podstawie informacji,  które panu przekażę, mojego głosu i moich opowieści, stworzy pan w myślach mój wizerunek, a następnie przeniesie na płótno." 
 Portret... to dziecko zrodzone z połączenia sztuki, mistycyzmu, fantastyki, tajemniczości i ekscentryzmu. Dziecko fascynujące i urzekające, bo taka jest ta powieść. 

Autor posługuje się językiem prostym i plastycznym, a stworzone przez niego opisy otwierają umysł i sprawiają, że czytelnik ma prawdziwą... ucztę wyobraźni - dzięki licznym metaforom, porównaniom i epitetom miałam wrażenie, że razem z malarzem Pierem Piambem wysłuchuję kolejnych opowieści pani Charbuque, które, swoją drogą, były znakomite. Koniecznie chcę przeczytać jego trylogię Crey

Jeffrey Ford jest idealnym przykładem pisarza, któy ma świetne i niekonwencjonalne pomysły i realizuje je równie dobrze. Życzę samej sobie, abym w przyszłości na swojej drodze spotkała równie wspaniałe książki, które uczą spostrzegać świat inaczej, a Wam - abyście czym prędzej sięgnęli po Portret pani Charbuque. Asystentkę pisarza fantasy. 

Porozmawiajmy o języku: tę czy tą? [5]

Dzień dobry :)
Z odcinka na odcinek zauważam coraz większe zainteresowanie niedawno rozpoczętym cyklem Porozmawiajmy o języku. Musicie wiedzieć, że bardzo mnie to cieszy, a świadomość, iż ktoś te moje wypociny czyta jest niezwykle motywująca. Przejdźmy jednak do sedna. 
W dzisiejszym wydaniu chcę poruszyć kwestię dotyczącą odmiany pewnego zaimka. Pomysł narodził się spontanicznie - zastanawiałam się akurat nad problemem, o którym chcę napisać i wpadło mi do głowy, że przecież jest taki diabełek, często wkradający się do naszych recenzji, a na który rzadko zwraca się uwagę. O co może chodzić?

Czy czytałeś już  książkę czy czy czytałeś już  książkę? Dla niektórych może to nie stanowić żadnej różnicy, jednak jest ona diametralna. Co tu jest grane? 
Otóż z zaimkiem TĘ łączymy rzeczownik liczby pojedynczej rodzaju żeńskiego w bierniku
np. Chciałabym zobaczyć tę osobę.  
      Czy mógłbyś podać mi tę solniczkę
      Pokaż mi tę książkę. 
      
Jeżeli zaś chodzi o zaimek TĄ, warto pamiętać, iż stosujemy go w połączeniu z narzędnikiem.
np. Zależało mi na tym, aby zapoznać się z tą dziewczyną
     Chciałam niezwłocznie uporać się z tą sytuacją.   
     Nie musiałam wstawać rano, więc zdecydowałam się spędzić noc z tą książką

Mówiąc skrótem: biernik - tę, a narzędnik - tą :) 
Oczywiście istnieje sposób na ułatwienie sobie tego zadania. Bardzo łatwym rozwiązaniem jest kojarzenie sobie końcówki wyrazu. O czym mówię? osobę - więc będzie na końcu tę. Książką - tą. Banalne! Ale uwaga! Ta prosta regułka sprawdza się tylko wtedy, gdy rzeczownik (rzecz jasna cały czas mówimy o tych w rodzaju żeńskim) jest zakończony na literę -a. W innych przypadkach, na przykład miedź i pani , nie da się łączyć (tak w myślach, no wiecie ;)) końcówki z zaimkiem, no bo jak? Gdzie tu ę, gdzie tu ą? No nie ma :) W tych przypadkach korzystamy z tej książkowej, wyżej opisanej zasady, biernik - tę, narzędnik - tą (widzę tę panią). 

Aha, zapomniałabym wspomnieć o istotnej sprawie - nie musimy się tak przejmować poprawnością stosowania tych zaimków w mowie potocznej :) Warto jednak pamiętać o tym, gdy piszemy (na przykład recenzję ;)). 

Jeżeli chcecie, abym poruszyła jakąś kwestię, która Was interesuje, zachęcam do wysyłania e-maili! 
Poprzednie części Porozmawiajmy o języku:

środa, 8 stycznia 2014

Oda do surrealizmu

Dobry wieczór,
dziś pisaniny nie będzie, a przynajmniej nie tak wiele. Przypadkowo na weheartit (jedyne źródło wszystkich poniższych obrazków) odkryłam dziś kilka pięknych cosiów, którymi pragnę się z Wami podzielić. Niech przemówią obrazy!








Powiedzcie mi, jak to z Wami jest - lubicie sztukę surrealistyczną czy niekoniecznie? ;)
Pozdrawiam! 

sobota, 4 stycznia 2014

Jacek Piekara: ,,Miecz Aniołów"


 Wydawnictwo: Fabryka Słów 2004
 Język oryginału: polski
 Liczba stron: 448
 Tom 3 cyklu inkwizytorskiego 



Z każdą recenzją kolejnego tomu cyklu o inkwizytorze Jacka Piekary mam coraz większą zagwozdkę. Moje zachwyty nad dziełami autora pozostają niezmienione, a nie chciałabym Was zanudzać, w koło Macieju powtarzając to samo. 
Mordimer Madderin, sługa Jego Ekscelencji biskupa Hez-Hezronu, nie próżnuje - po raz kolejny musi się zmierzyć z plugawymi heretykami, czarownicami, demonami i przerażającymi potworami, a przy tym zadowolić Gersarda, którego nastrój zależy od poziomu alkoholu we krwi i tego, czy wrzody i podagra nie są zbyt uciążliwe. Tak, moi drodzy - wasz uniżony sługa ma bardzo ciężki żywot, w towarzystwie pustej sakiewki i pluskiew kryjących się w każdej szczelinie jego sypialni, a mimo to wiernie i pokornie służy Panu naszemu, Jezusowi Chrystusowi. 
Podczas gdy Sługa Boży i Młot na czarownice były lekturą dość lekką i łatwą, Miecz Aniołów zmusza czytelnika do refleksji nad otaczającym go światem, a opowiadania są dłuższe, bardziej złożone i skomplikowane. Gołym okiem widać, że inkwizytor dojrzewa, poważnieje i uczy się na własnych błędach. Zachowuje, i całe szczęście, specyficzne poczucie humoru, cynizm i lubowanie się w sarkazmie. 
Od Mordimera Madderina możemy się wiele nauczyć. Jego mądrość życiowa imponuje, a uwagi, komentarze i przemyślenia są wciąż trafne i aktualne, można by rzec - ponadczasowe.
„Bo jeśli zadasz pytanie, uważaj: możesz usłyszeć odpowiedź. Szkoda, że niewielu ludzi pamięta o tej prostej prawdzie, naiwnie sądząc, że wiedza jest dobrem samym w sobie.”
„Bo znaczymy tylko tyle, na ile potrafimy wycenić się we własnych oczach.”
I jeszcze jeden cytat, który również zaskakuje swoją aktualnością ;) 
,,Gdyż uczciwi ludzie chcą zarobić na chleb własną pracą, a ci, co rządzą, chcą zarobić na luksusy, wykorzystując tych, co pracują. Bo nic innego robić nie umieją, jak tylko wymyślać durne przepisy i wprowadzać nowe podatki, żeby mogli więcej ukraść. A im więcej kradną, tym większy mają apetyt."

 Na kilka słów z całą pewnością zasługują bohaterowie drugoplanowi, towarzyszący Madderinowi w jego trudach życia codziennego. Jacek Piekara wykreował kilka naprawdę zabawnych i osobliwych postaci - bliźniacy, obdarzeni paranormalnymi zdolnościami, Kostuch, który wyglądem i zapachem odstraszy nawet największego śmiałka, biskup Gersard, którego nastroje zmieniają się niczym w kalejdoskopie, i wreszcie Anioł Stróż, najogromniejsza trwoga Mordimera. Między tym ostatnim a naszym inkwizytorem odbędzie się w Mieczu Aniołów pewna bardzo mądra rozmowa,  zdecydowanie skłaniająca do refleksji. 
Cykl inkwizytorski wkradł się bezczelnie do mojego serca i jestem pewna, że już na stałe się w nim rozgościł. Kolejne tomy łykam jak pierożki w święta ;), cały czas pragnąc więcej i więcej. I mimo jednej bardzo irytującej mnie rzeczy, mianowicie powtarzania przez Piekarę tych samych spraw milion razy, bo niemalże w każdym opowiadaniu (no bo ile razy można czytać o tym, że Kostuch śmierdzi i ma bliznę na twarzy, a Gersard jest zadowolony z mleka, które polecił mu Mordimer?), jestem zachwycona. Polecam!

Książka przeczytana w ramach wyzwania Fantastyczna Polska.

piątek, 3 stycznia 2014

J.M. McDermott: ,,Dzieci demonów"


 Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2012
 Język oryginału: angielski
 Tytuł oryginału: 'New Knew Another'
 Przekład: Kamil Lesiew
 Liczba stron: 272
 Tom pierwszy trylogii ,,Psia Ziemia"


Oto świat, w którym demonie pomioty nie mają prawa bytu. Wszystko, czego dotkną, ulega zniszczeniu, ich krew, pot i ślina są trucizną. Niełatwo ich jednak rozpoznać, ponieważ pozornie niczym się nie różnią od zwykłych ludzi. Wędrowcy Błogosławionej Erin mają za zadanie odnaleźć takie istoty i dopilnować, aby nie chodziły już nigdy więcej po tej ziemi. Napotykają na pierwszego plugawca, który jest martwy - muszą jednak zakończyć żywot dwóch pozostałych: młodej kobiety, żyjącej w biedzie i ubóstwie, oraz mężczyzny, który nic sobie nie robi z przekleństwa, jakie na niego spadło. 
J. M. McDermott wykreował brutalny, smutny świat, o którym tak naprawdę niewiele się dowiadujemy. Nie wyjaśnił nam, jakie panują w nim zasady, darował sobie plastyczne i pobudzające wyobraźnię opisywanie przyrody. Być może dlatego ta niewielka gabarytowo powieść jest tak sucho przedstawiona. Uważam jednak, iż nie wpłynęło to źle na całokształt - wręcz przeciwnie, wzmocniło mroczny i tajemniczy klimat utworu. 
Zarys bohaterów stanowi przeciwieństwo opisu świata. Postacie bowiem zostały przedstawione bardzo różnorodnie i barwnie - zmagają się z wieloma problemami, są ukazani w świetle różnych sytuacji. Największą część  z nich poznajemy przez wspomnienia zabitego demona, które odczytuje jedna z Wędrowców Błogosławionej Erin. 
No właśnie, o narracji warto byłoby wspomnieć - autor zrobił mały misz-masz, mianowicie teraźniejszość, opisywaną w pierwszej osobie przez Wędrowczynię Erin, pomieszał z przeszłością, to znaczy napomknięciami z życia Jony, demona, odczytywane w wyżej wspomniany sposób. Takich retrospekcji było w Dzieciach demonów najwięcej. Zabieg ten uznaję za korzystny, chociaż początkowo miałam niemałe obawy, czy nie wpłynie to negatywnie na moje zrozumienie powieści. Na szczęście - niesprawdzone. 
Atmosfera powieści przypomina mi trochę klimat z utworów Cormaca McCarthy'ego - w obu przypadkach jest mrocznie, przygnębiająco, smutnie, tajemniczo, nie ma miejsca na litość i empatię. 
Dzieci demonów nie wywarły na mnie dużego wrażenia - owszem, powieść podobała mi się, aczkolwiek nie na tyle, bym ze zniecierpliwieniem wyczekiwała drugiego tomu trylogii. Mimo wszystko, gdy tylko zaczęłam lekturę, spodziewałam się czegoś gorszego, bo początek książki był bardzo toporny, a do świata autor nawet czytelnika nie wprowadził, tylko raptownie go wepchnął. 
Kontynuację przeczytam jeśli będzie okazja - z czystej ciekawości, jak potoczą się losy demonów i Wędrowców Erin, bowiem J. M. McDermott zakończył tom pierwszy z wieloma niewyjaśnionymi wątkami. 

czwartek, 2 stycznia 2014

Witam!
W dzisiejszym wpisie zamierzam poruszyć kwestię z zakresu ortografii, która, dla nawet największego mola książkowego, może wydać się skomplikowana, pogmatwana i trudna. Osobiście dowiedziałam się o popełnianiu błędów związanych z tym tematem dopiero rok temu, gdy przygotowywałam się do miejskiego konkursu ortograficznego, sumiennie studiując słownik ortograficzny. Tematem na dziś będzie poprawne stosowanie łączników. 
Czy w wyrazie pseudo-Polak powinien być łącznik? Jak poprawnie napisać eks-Brytyjczyk? Czy użyć łącznika po słowach quasi oraz niby
Jeśli chodzi o dwa pierwsze pytania, sprawa jest nieco trudniejsza, niżbyśmy myśleli. Otóż warto zapamiętać, iż łącznika po wyrazach eks, arcy, super, anty, ultra, post i pseudo używamy tylko wtedy, gdy słowo, które chcemy określić tym przedrostkiem, to nazwa własna, na przykład narodowość (łatwiej: słowa pisane wielką literą). W pozostałych przypadkach, te i wszelkie inne przedrostki z rzeczownikami i przymiotnikami piszemy łącznie(więcej na ten temat w innej części Porozmawiajmy o języku). 
eks-Polak, super-Włochy, post-Jugosławia, pseudo-Amerykanin, anty-Platon
ALE: eksżona, pseudokibic, superczuły, antykatolik! 
Pozostały jeszcze dwa przedrostki, mianowicie niby- i quasi-. Musimy pamiętać, że one są ZAWSZE stosowane z łącznikiem (wyjątek stanowią nazwy biologiczne, np. nibynóżki, nibyliść, nibykłos!). 
niby-sukienka, quasi-Polak, niby-ludowy, quasi-oryginalny, niby-Włochy, quasi-platoński. 
Łącznika używamy również przy innych okazjach, takich jak określanie kolorów - ale tylko wtedy, gdy owe przymiotniki są równorzędne znaczeniowo. Pamiętajmy, że w takich sytuacjach zamiast łącznika możemy zastosować spójnik i - to znacznie ułatwi 'robotę' ;) Na przykład flaga biało-czerwona, słownik angielsko-polsko-włoski, skarpety czarno-różowo-zielone. (bez łącznika piszemy, gdy jeden kolor jest zawarty w drugim, np. jasnoróżowy, zachodniopolski). 
Na zakończenie dodam, że łącznika używamy również wtedy, gdy mamy przed sobą zestawienie dwóch zawsze występujących ze sobą wyrazów, takich jak kogel-mogel, czary-mary, stuku-puku, gadu-gadu. 

I na tym zakończę moje ortograficzne wywody. Mam nadzieję, że nikogo nie zanudziłam na śmierć, ale mnie te tematy bardzo interesują :) Poza tym na pewno się przydadzą!


Jeżeli chcecie, abym poruszyła jakąś kwestię, która Was interesuje, zachęcam do wysyłania e-maili! 
Poprzednie części Porozmawiajmy o języku:

Arto Paasilinna: ,,Wyjący młynarz"

 
 Wydawnictwo: Punkt 2003
  Język oryginału: fiński
  Tytuł oryginału: 'Ulvova myllari'
  Przekład: Bożena Kojro
  Liczba stron: 206


Do małej, fińskiej wsi, gdzie każdy każdego zna, przyjeżdża mężczyzna i kupuje podniszczony, stary młyn z zamiarem odnowienia go. Ludzie są zachwyceni - wreszcie w miejscowości będzie tani dostawca mąki. Przymykają nawet oko na plotki, które przywędrowały wraz z Gunnanerem Huttunenem aż z dalekiej Północy. Nic nie jest jednak tak proste, jak się zapowiadało - młynarz zaczyna przerażać mieszkańców swoją bujną wyobraźnią, niecodziennym zachowaniem i szczerością, o jaką trudno u innych. Rozpoczyna się konflikt między tymi, którzy uchodzą za normalnych, a innym. 
Arto Paasilinna przedstawił nam historię osoby, wokół której wieczorami zbierają się dzieci, aby oglądać, jak naśladuje różne zwierzęta. Osoby, która polubiła dbanie o swój ogródek dzięki instruktorce kółka ogrodniczego. Osoby potężnie zbudowanej i silnej, a jednocześnie wrażliwej, uczuciowej i z wielkim sercem. 
Wyjący młynarz to piękna, choć smutna opowieść o nietolerancji, o zderzeniu przeciętności z oryginalnością i innością. To historia wzruszającej miłości, która udowadnia, że nie zawsze trzeba się podporządkowywać. W tym satyrycznym obrazie fińskiej wsi możemy dostrzec bardzo często spotykane reakcje ludzi na odmienność. Do bólu prawdziwe. 
Gunnan Huttunen to postać, której czytelnik nie jest w stanie nie polubić - duży jak niedźwiedź, ale szczery, odważny, emocjonalny i wrażliwy. Mnie robiło się przykro, kiedy czytałam o tym, jak traktowali go ludzie. Gunnan budzi współczucie. 
Arto Paasilinna napisał swą powieść w charakterystycznym dla krajów skandynawskich stylu - z dystansem, chłodno, obiektywnie, surowo i prosto. To lubię w literaturze północnoeuropejskiej - wśród wysypu książek amerykańskich oraz rodem z Ameryki, Skandynawia stanowi swojego rodzaju odskocznię. 
Wyjący młynarz bardzo mi się podobał, ale lektura szła mi opornie. Nie wiem dlaczego, ale strony mijały bardzo powoli, miałam wrażenie, że czytałam dwa razy wolniej niż inne książki (chociaż czas pozostał niezmienny). 
Opisywaną książkę warto poznać - wzbudza empatię i pokazuje, jak łatwo jest o nietolerancję, którą bardzo niewiele dzieli od zwykłej głupoty. 

środa, 1 stycznia 2014

Zapowiedzi [fantastyka]

Witam wszystkich w nowym roku :)
Część zapowiedzi styczniowych już była, ale znalazłam ostatnio kilka interesujących perełek, z którymi chciałabym się z Wami podzielić ;) Na szczególną uwagę zasługują trzy pozycje wydawnictwa Mag, z serii Uczta Wyobraźni.

 Caitlin R. Kiernan: ,,Tonąca dziewczyna" 
 Wydawnictwo: Mag  
 Premiera: 15 stycznia 
 Liczba stron: 336 

''India Morgan Phelps - dla przyjaciół Imp - to schizofreniczka. Nie ufa już własnemu umysłowi, albowiem święcie wierzy, że wspomnienia w jakiś sposób ją zdradziły, zmuszając do zakwestionowania własnej tożsamości.

Zmagając się ze swą percepcją rzeczywistości, Imp musi odkryć prawdę na temat spotkania z bezlitosną syreną albo bezradnym wilkiem, który przybył do niej pod postacią dzikiej dziewczyny - albo może z żadną z tych istot, lecz czymś znacznie, znacznie dziwniejszym...''


Chris Beckett: ,,Ciemny Eden"
Wydawnictwo: Mag 
Premiera: 15 stycznia
Liczba stron:  336

''Na odległej, obcej i pozbawionej słońca planecie zwanej Edenem, pięciuset trzydziestu dwóch członków Rodziny szuka schronienia w świetle i cieple drzew lampowych.
Wokół Lasu rozciąga się Śnieżne Ciemno – góry tak wysokie, mroźne i spowite tak gęstym mrokiem, że dotąd nie pokonał ich żaden człowiek.
Najstarsi w Rodzinie powtarzają legendy o świecie, w którym światło padało z nieba, a ludzie potrafili budować łodzie pływające między gwiazdami.
Takie łodzie przywiozły nas tutaj, powtarzają, Rodzina powinna więc czekac na powrót gwiezdnych podróżników.
Jednakże młody John Czerwoniuch złamie edeńskie prawa, rozbije Rodzinę i odmieni historię. Porzuci stare zwyczaje, zapuści się w Ciemno… i odkryje prawdę o swoim świecie.''

 Gene Wolfe: ,,Pokój"
 Wydawnictwo: Mag
 Premiera: 15 stycznia
 Liczba stron: 240 

„Pokój”, pierwotnie wydany w roku 1975, to dzieło błyskotliwe i urzekające. Pełne melancholii wspomnienia Aldena Dennisa Weera, rozgoryczonego starca spędzającego ostatnie dni życia w małym miasteczku na Środkowym Zachodzie Stanów, w miarę rozwoju historii ujawniają swój nadnaturalny wymiar. Wyobraźnia Weera zdolna jest bowiem unicestwić czas i przeobrazić rzeczywistość, wykraczając poza samą śmierć. „Pokój”, wielki, poruszający i bezkompromisowo szczery, jest jednym z największych dzieł naszych czasów.
Gene Wolfe, nazywany przez „The Denver Post” jednym z „olbrzymów s-f”, wielokrotnie zdobywał najważniejsze nagrody z tej dziedziny, w tym nagrody Nebula, Hugo i World Fantasy. „Pokój” to jego pierwsza pełnowymiarowa powieść, świadcząca o geniuszu, którzy później rozkwitł w dziełach takich jak Księga Nowego Słońca.''

 Jacek Piekara: ,,Ja, inkwizytor. Głód i Pragnienie"
 Wydawnictwo: Fabryka Słów
 Premiera: 28 luty 
 Liczba stron: 352

''OTO ON, INKWIZYTOR I SŁUGA BOŻY

CZŁOWIEK GŁĘBOKIEJ WIARY

Oto świat, w którym Chrystus zszedł z Krzyża i objął władzę nad ludzkością.
Świat tortur, stosów i prześladowań.
Mogę być waszym najgorszym koszmarem, jeśli tylko zechcecie.
Imię jego Mordimer Madderdin - przed sąd inkwizycyjny posłał dziesiątki ludzi.
Nawet nie przypuszczasz, ile rzeczy da się wyrzeźbić za pomocą jednego dłuta."

Andrzej Ziemiański: ,,Pomnik cesarzowej Achai tom 3"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Premiera: 31 stycznia 
Liczba stron: 620

''Achaja już ponad 10 lat udowadnia, że jest jedyną słuszną cesarzową w świecie fantastyki. Rozmach i tempo prozy Ziemiańskiego powodują, że kolejne powieści z Achaja w tle zdobywają coraz większe rzesze sympatyków.''




 Jacek Piekara: ,,Szubienicznik. Falsum et verum"
 Wydawnictwo: Otwarte 
 Premiera: 13 stycznia  
 Liczba stron: 400

''Drugi tom bestsellerowej powieści Jacka Piekary „Szubienicznik”
Tropiciel złoczyńców gwałcicielem i mordercą?
Podstarości Jacek Zaremba, który przybył do stolnika Ligęzy, by rozwikłać sprawę sfałszowanych listów, został oskarżony o okrutne zbrodnie. Czy dowiedzie swej niewinności i tego, że również padł ofiarą intrygi? A może Zaremba to wilk w owczej skórze?
Kontynuacja „Szubienicznika” do ostatniej chwili trzyma czytelnika w napięciu. Stare tropy jeszcze bardziej się plączą, nowe fakty wychodzą na jaw. Kto jest kim w tej tajemniczej rozgrywce?"

 Maks Frei: ,,Obcy"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Premiera: 27 stycznia 
Liczba stron: 625

Pierwszy tom niezwykle popularnego cyklu Labirynty Echo.
Poznajcie sir Maksa, alter ego samego autora, który przedostaje się z naszego zwyczajnego świata do magicznego świata Echo, nazwanego tak na cześć największego miasta potężnego królestwa. Wraz z sir Juffinem Halleyem, naczelnikiem Tajnego Wojska Wywiadowczego Echo (swego rodzaju elity magicznej policji), sir Maks rozwiązuje zagadkę serii dziwnych zabójstw w domu sąsiada sir Juffina, w które zamieszany jest energetyczny wampir. Sir Maks, nagrodzony za swoją pierwszą sprawę, zaczyna stopniowo urządzać się w nowej rzeczywistości. Jednak szybko okazuje się, że naprzeciwko jego domu osiadł dziwny gatunek złych mocy żywiących się snami i życiem swoich sąsiadów...
Fantastyka i mistyka, detektywistyczna intryga i baśniowe szczegóły, ironia, parodia i filozoficzna przypowieść misternie przemieszane w twórczym tyglu Maksa Freia - oto swoista "wizytówka" pisarza, która stanowi fascynujące zaproszenie do cyklu Labirynty Echo. W tym świecie wyobraźnia nie zna granic: zwyczajny tramwaj może okazać się środkiem lokomocji w podróży miedzy światami; miasto widziane we śnie - zdumiewającą realnością; maniak-morderca - waszym bliźniakiem. W świecie Labiryntów Echo Maksa Freia wszystko jest możliwe.
Jeśli książki to sny, które śnią się nam na jawie, to Maks Frei jest nowym Janem Christianem Andersenem w wersji dla dorosłych!

Uff, to by było na tyle. Oczywiście interesujących zapowiedzi jest po stokroć więcej, ale gdybym miała wypisywać wszystkie, to zeszłoby się co najmniej do rana. Które pozycje najbardziej Was cieszą? Po które pobiegniecie w dniu premiery do księgarni? :) 

Nowy Rok

Dzień dobry wszystkim! ;)
Mam nadzieję, że już nie śpicie ;), ja wstałam jakąś godzinę temu. Jak się udał Sylwester? 
Na blogach aż tętni od noworocznych życzeń. Ja też chciałabym dodać coś od siebie. 

http://weheartit.com
Kochani, życzę Wam przede wszystkim wspaniałego, obfitującego w niesamowite zdarzenia roku 2014. Niech będzie jeszcze lepszy od poprzedniego, niech będzie dla Was wyjątkowy. Życzę Wam miliona przeczytanych stron, fantastycznych lektur, rosnącej biblioteczki, powodzenia w prowadzeniu blogów. Chciałabym, aby Wasze marzenia się spełniły i narodziły się kolejne, bo życie bez pragnień to nie życie :)
Pozdrawiam!