piątek, 23 listopada 2012

Julia Child; ,,Gotuj z Julią"


 Wydawnictwo: Literackie 2011 
 Język oryginału: angielski 
 Tytuł oryginału: 'Julia's Kitchen wisdom' 
 Przekład: Anna Sak 
 Liczba stron: 250 

Julię Child, amerykańską mistrzynię kuchni, poznałam podczas lektury ,,Moje życie we Francji", która stanowi interesującą autobiografię. Okazało się, że ta kobieta to nie tylko znakomita kucharka (chociaż to słowo kiepsko komponuje się z nazwiskiem: Child), ale przede wszystkim bardzo intrygująca, osobliwa i pozytywna postać. 
,,Gotuj z Julią. Niezbędne przepisy i porady mistrzyni kuchni" to zbiór różnorakich przepisów - znajdziemy tutaj proste sposoby przyrządzenie zup, sałatek, warzyw, mięsa, drobiu, ryb, dania jajecznych, pieczywa, naleśników, tart, ciast i ciasteczek. Dodatkowo autorka, z myślą o kuchennych żółtodziobach, zamieściła na końcu książki 'słowniczek kuchenny' i informacje o sprzęcie w kuchni. Napisała to w sposób zrozumiały i przystępny. 
To nie jest taka zwykła książka kucharska. Ja czytałam ,,Gotuj z Julią" jak najlepszą powieść - z zainteresowaniem i uśmiechem na twarzy, bowiem autorka wzbudza wielką sympatię, a jej energię odczuwam nawet w najprostszych przepisach. 
Ponadto utwór jest bardzo ładnie, estetycznie wydany, a ciekawostki  i niezbędne informacje zostały wyróżnione specjalnym kolorem, innym od reszty tekstu. 
Korzystanie z przepisów samej Julii Child to ogromna frajda. Nawet omlet dzisiejszego poranka zrobiłam tak, jak pisała autorka - i wyszedł, skromnie mówiąc, pyszny! 
Książkę ,,Gotuj z Julią: niezbędne przepisy i porady mistrzyni kuchni" Julii Child polecam wszystkim tym, którzy uważają gotowanie za czarną magię - gwarantuję, że autorka dzieła przekona Was do tego niezbędnego w życiu codziennym zajęcia. Umieszczone tu recepty na przyrządzenie smakowitych potraw są różne - od tych banalnych, na przykład jajecznicy, przez znane i lubiane, takie jak szarlotka, po wykwintne i przez wielu nigdy nieodkryte - chociażby homar. Ugotowania tego ostatniego się nie podejmę, bo owoce morza wszelkiej maści napawają mnie obrzydzeniem, ale przepisy na  ciasta i ciasteczka, których pieczenie uwielbiam, z pewnością wykorzystam. 

czwartek, 22 listopada 2012

Natalia Rogińska: ,,Maciejka"


 Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2011
 Język oryginału: polski
 Liczba stron: 224


Po ,,lekką i przyjemną" literaturę polską sięgam stosunkowo rzadko. Jeżeli mam ochotę na jakąś odprężającą lekturę, czytam coś zagranicznego - najczęściej amerykańskiego autora. Dlaczego? Otóż w dobie grafomańskich utworów wydanych przez ludzi, którzy za wszelką cenę pragną zaistnieć na rynku literackim, ciężko jest oddzielić ziarno od plew. A Polska, chcąc nie chcąc, ma w kieszeni wiele takich ,,perełek" wątpliwej jakości. 
Po lekturze ,,Maciejki" zmieniłam zdanie na ten temat - przynajmniej częściowo. Doszłam do wniosku, że byłam stanowczo zbyt nieufna wobec naszych rodowitych pisarzy. 
Karolina, trzydziestosiedmiolatka, jest tak zwanym singlem. Pracuje jako pielęgniarka i dorabia, pomagając staremu, niedołężnemu zboczeńcowi, mieszka w wynajmowanej kawalerce, chodzi na imprezy do klubów, z których zazwyczaj wychodzi w towarzystwie kolegów ,,na jeden raz", z którymi znajomość kończy się na narożniku w jej mieszkaniu. Od kilkunastu lat nie była zakochana, albo może inaczej - nie odkochała się. Przeszkodą w znalezieniu stałego partnera jest bowiem minister Zdrowia, pierwsza miłość Karoliny z czasów studenckich, którego kobieta wciąż wspomina z sentymentem. 
Samotność to jednak nie jedyny problem, z jakim musi się zmagać - rodzina, ciągle zrzędząca za jej plecami i naciskająca na to, aby Karolina wreszcie wyszła za mąż; przyjaciółki bliższe i dalsze; dojrzewająca chrześnica, która spotkała ,,tę jedyną miłość" - to tylko mała cząstka tego, co Natalia Rogińska opisała w ,,Maciejce". 
Autorka to bardzo młoda osoba, która napisała już trzy książki - ,,Grubą", ,,Alicję" oraz ,,Maciejkę". Podoba mi się jej zdystansowane podejście do życia oraz zdolność uważnego obserwowania otaczającego ją świata. Dzięki temu jej dzieła mogą być naprawdę interesujące. 
Ogromnym plusem  ,,Maciejki" jest sposób, w jaki została napisana. Styl pisania Natalii Rogińskiej jest ironiczny, zabawny, przewrotny, a z każdej strony bije, jak już wspomniałam, dystans do świata. Dzięki temu autorce udało się zarówno zdobyć moją sympatię do głównej bohaterki, jak i spowodować częste uśmieszki i wybuchy śmiechu. 
,,Maciejka" to nie jest literatura z najwyższej półki ani lektura wymagająca skupienia i myślenia. To po prostu lekkie, odprężające czytadło, które poprawia humor, pozytywnie nastraja i ma optymistyczny wydźwięk. Po zamknięciu książki nie da się nie uśmiechnąć - zakończenie jest urocze i nieco zaskakujące. 
Polecam na rozluźnienie!


środa, 21 listopada 2012


 Wydawnictwo: W.A.B. 2012
 Język oryginału: norweski
 Tytuł oryginału: 'Skutt i filler av Mads Mikkelsen'
 Przekład: Karolina Breś
 Liczba stron: 179


Gdzie jest granica między miłością a obsesją? Czy jest ona widoczna? A może te dwa zjawiska stanowią nierozłączną parę, wzajemnie się uzupełniają?
Abba to dziewiętnastoletnia dziewczyna, którą poznajemy tuż przed jej wyjazdem do Wiednia. Na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie normalnej, przeciętnej nastolatki - pracuje w księgarni, wolny czas spędza z przyjaciółmi, oglądając filmy i popijając glogg. W trakcie swojej pracy Abba poznaje stałego klienta sklepu, którego nazywa Madsem Mikkelsenem, ponieważ jest podobny do duńskiego artysty. Początkowe młodzieńcze zauroczenie tym czterdziestoletnim mężczyzną przeobraża się w fanatyzm, obsesję, a młoda kobieta zaczyna mylić fantazje z rzeczywistością. 
,,Kręci mnie Mads Mikkelsen" to debiut młodej, bo zaledwie dwudziestokilkuletniej Norweżki. Autorka zgrabnie opisała życie dziewiętnastoletniej dziewczyny, która wielkimi krokami wkracza w dorosłość - potrzebuje więc dużo miłości, uczucia i namiętności. Hedda Robertsen serwuje nam również potężną dawkę erotyzmu, a fantazje głównej bohaterki zostały napisane w sposób subtelny i bez wulgaryzmów - oczywiście, na ile pozwoliła na to tematyka. 
Podoba mi się, że młoda autorka odważnie złamała tabu - w końcu seks to tematyka wciąż omijana przez wielu ludzi szerokim łukiem, a samo słowo, jeżeli jest wymawiane, to teatralnym szeptem. Robertsen bez ceregieli wkroczyła w strefę intymności, bezwstydnie opisując najrozmaitsze fantazje i marzenia erotyczne dziewiętnastolatki. 
Książka jest dosyć chaotyczna - z czasem przestajemy się orientować, co rzeczywiście przydarzyło się głównej postaci, a co jest jedynie jej wymysłem. Sposób narracji (pierwszoosobowy) pozwala nam także na przypuszczenie, że nawet ona sama, Abba, nie do końca odnajduje się w realnym świecie. 
Mimo wszystko oczekiwałam czegoś więcej. Powieść jest zwyczajnie nudna - nie zawsze, ale często miałam ochotę ostentacyjnie ziewnąć podczas lektury. ile bowiem można czytać o zakochaniu? Myślę, że dało się uniknąć tej monotonii, nadając utworowi różne odcienie. 
Norweska literatura erotyczna to dla mnie nowość. Skandynawię znam niemalże tylko z kryminałów, zatem lektura tej niepozornej, pięknie wydanej książeczki była interesującym doświadczeniem, ale spodziewałam się czegoś znacznie lepszego. 

czwartek, 15 listopada 2012


 Wydawnictwo:  Świat Książki 2012
 Język oryginału: angielski 
 Tytuł oryginału: 'History of a pleasure seeker' 
 Przekład: Ewa T. Szyler 
 Liczba stron: 256 


Mam mieszane uczucia po lekturze tej książki. Szczerze mówiąc trudno  określić, czy przypadła mi do gustu czy niekoniecznie. Na pewno była to momentami bardzo męcząca lektura i miałam często ochotę na rzucenie nią w najdalszy kąt. Innym razem umiarkowanie mnie wciągała. 
Amsterdam, 1907 rok. Maksymalny stopień rozwinięcia belle époque. Piet Barol to młody, przystojny kawaler rządny przygód i przyjemności. Pragnąc zapewnić sobie jak najlepszą przyszłość, oferuje jednej z najbogatszych rodzin w mieście siebie w roli nauczyciela niesfornego dziesięciolatka, który od ładnych kilku lat nie wystawił nosa za próg drzwi frontowych. Dzięki swojemu urokowi osobistemu zdobywa tę pracę i zajmuje jeden z pokoików dla służby, gdzie poznaje interesujących ludzi. Z biegiem czasu zamożna familia coraz bardziej przywiązuje się do Pieta. Nie na długo. 
Pierwszą kwestią wartą wspomnienia jest fakt, że ,,Historia poszukiwacza przyjemności" (sam tytuł brzmi moim zdaniem bardzo niezgrabnie) to bardzo filmowa, malownicza powieść - jej ekranizacja z pewnością osiągnęłaby sukces dużo większy od oryginału. Richard Mason z precyzją niczym u zegarmistrza tworzy opisy, które pobudzają wyobraźnię - robi to w taki sposób, iż czytelnik własnymi zmysłami odczuwa aromatyczne zapachy placków jabłkowych, widzi solidnie zbudowane, drewniane meble z czasów Ludwika XV, czuje w dłoniach aksamitne suknie kobiet. Nieczęsto zdarza się, aby autor tak zręcznie manipulował wyobrażeniami czytającego.  Godne podziwu. 
Ale, ale... ,,Historia poszukiwacza przyjemności" ma również negatywne strony i, jeżeli nie równoważą się one z pozytywami, to nawet ich ilość odgrywa ważniejszą rolę w całym tym spektaklu. Przede wszystkim - bywały, w dodatku bardzo często, momenty, kiedy autor straszliwie zanudzał, a wówczas dalsza lektura była wręcz niemożliwa i okrutnie męcząca. To dlatego czytałam ten utwór tak długo - po trzydziestu, czterdziestu stronach miałam dosyć. 
Ponadto nawet po skończeniu książki nie do końca wiem, o czym ona była. Pięknie zarysowany obraz belle époque, w porządku. Życie dwudziestokilkulatka, który wykazuje się wielkim sprytem i przebiegłością.  Pikantny, chociaż w tych czasach nierobiący na nikim wrażenia, romans. Myślę jednak, że to zdecydowanie za mało, żeby zainteresować czytelnika. To tak jakby przysuwać głodnemu zwierzakowi bardzo smakowitą, dobrze pachnącą przekąskę tylko po to, aby za chwilę zabrać ją i schować. Z tą różnicą, iż zamiast jedzenia mamy tu dobrze zapowiadającą się powieść, którą niezawodni opiniotwórcy (,,The Daily Mail" itp.) wychwalili jak nic innego. 
Wątek erotyczny zaiste jest, ale bardzo powściągliwie, elegancko opisany. To mi się podobało, ta elegancja bijąca z każdej strony. 
Nie spodziewajcie się rewelacji. 

niedziela, 11 listopada 2012

Henning Mankell: ,,Biała lwica"


Wydawnictwo: W.A.B. 2005
 Język oryginału: szwedzki
 Tytuł oryginału: 'Den vita lejoninnan'
 Przekład: Halina Thylwe
 Liczba stron: 479
3 część cyklu o Komisarzu Wallanderze

Uwielbiam Mankella. Imponuje mi nie tylko znakomitymi powieściami oraz świetnymi postaciami, ale także tym, że w okresie, kiedy skandynawskie kryminały są na topie, on niezmiennie pozostaje sobą - utrzymuje poziom, nie ,,leje wody", jak wielu autorów, aby zwiększyć liczbę stron.
Akcja dzieje się w 1992 roku, z wyjątkiem prologu. W Szwecji zostaje zastrzelona dojrzała kobieta - metodystka, matka dwójki dzieci, idealna żona, niemająca żadnych wrogów. Kurt Wallander, który prowadzi dochodzenie, jest w ślepym zaułku - nie ma żadnych tropów, kto i dlaczego mógł zamordować Louise. Żeby było śmieszniej, w trakcie śledztwa na miejscu zbrodni komisarz znajduje palec czarnego człowieka. Czy da się połączyć te dwa incydenty? Wszystkie drogi prowadzą do Republiki Południowej Afryki, gdzie w tym samym czasie kilku prawicowych maniaków planuje zapach na Nelsona Mandelę.
,,Biała lwica" jest zupełnie powieścią zupełnie inną od poprzednich, które czytałam - ,,Mordercy bez twarzy" i ,,Psów z Rygi". Tutaj akcja zatacza kręgi na ogromną skalę, a Mankell igra z czytelnikiem, manewrując czasem i miejscem akcji. Trzeci tom cyklu o Kurcie Wallanderze można nazwać nie tylko dobrym kryminałem, ale także wciągającym thrillerem politycznym. Utwór tym bardziej mi się podobał, że podczas czytania miałam okazję dokształcić się na temat polityki w Afryce, o której tak naprawdę nie mam zielonego pojęcia. 
Myślę, że przy okazji lektury ,,Białej lwicy" warto zastanowić się nad tym, czym tak naprawdę jest rasizm - bardzo często bowiem temat ten zbywamy niedbałym machnięciem ręki, bo przecież nas to nie dotyczy. To nieprawda - nawet nie mając w swoim otoczeniu Afroamerykanów, wielu z nas skrywa niechęć do tych ludzi, którzy różnią się od nas jedynie kolorem skóry - a czy w dzisiejszych czasach, w dobie hipernowoczesnych urządzeń, gadżetów, w okresie, kiedy tolerancja jest wręcz modna, pochodzenie odgrywa jakieś znaczenie? Ja wszystkich rasistów nazwałabym hipokrytami. 
Kurt Wallander. To jeden z moich ulubionych bohaterów literackich, a kolejne lektury Henninga Mankella tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że komisarz jest bezkonkurencyjny. Kiedy czytałam ,,Białą lwicę", zastanawiałam się, co ja tak w ogóle lubię w tym człowieku. Uważam, że chociażby sposób, w jaki autor wykreował Wallandera, robi wrażenie - nie jest to ani heroiczny superbohater, który zna odpowiedź na każde pytanie, ani policjant-jasnowidz, w dodatku wszechwiedzący - tak jakby to on uczestniczył w zbrodni. Nie. Komisarz Kurt Wallander to najzwyczajniejszy na świecie, przeciętny zjadacz chleba, rozwodnik, który nie ma szczęścia u kobiet. Taki, który mimo nieustannych narzekań poświęca swoje życie pracy i już dawno zapomniał o urlopach, spokoju i prywatności. Czy w XXI wieku takiej egzystencji nie ma przynajmniej trzy-czwarte ludzi? 
,,Biała lwica" to przyjemna, pouczająca i wciągająca powieść, którą polecam wszystkim fanom Henninga Mankella. Tym, którzy jeszcze się z tym autorem nie poznali, proponuję nie zwlekać. 

sobota, 10 listopada 2012

Stwierdziłam, że nie ma sensu pisać dwóch osobnych notek na temat tych filmów - żaden z nich tak naprawdę nie pozostawił mnie z mądrymi refleksjami, którymi chciałabym się z Wami podzielić, więc rozpisywać się nie będę. ,,Dziewczyna moich koszmarów" oraz ,,Ostatni dom po lewej" to po prostu dwa przyjemne, rozluźniające zabijacze czasu. 

Eddie (Ben Stiller), dotychczas nieszczęśliwy samotnik, pod presją otoczenia żeni się z zabawną, młodą Lilą (Malin Akerman) i wyrusza z nią na wymarzony miesiąc miodowy. W czasie podróży okazuje się, że między ,,zakochaną" parą jest wiele różnic - mężczyzna dowiaduje się o wybrance prawdy, która, brzydko mówiąc, zwala go z nóg. Lila okazuje się być wstrętną, rozkapryszoną babą, która w dodatku nie grzeszy rozumem. Tymczasem Eddie poznaje Mirandę (Michelle Monaghan), kobietę swoich marzeń i jest pewien, że to jest to. Tylko jak powiedzieć swojej żonie, że chce rozwodu? 
,,Dziewczyna moich koszmarów" (reż. B. Farrelly, P. Farrelly) to bardzo zabawny, wywołujący niespodziewane wybuchy śmiechu film o miłości, niezdecydowaniu i pechu. Myślę, że jednym z jego najoryginalniejszych cech  jest początek - taki, który w wielu innych komediach romantycznych stanowi zakończenie akcji. Wymarzona kobieta, małżeństwo, podróż do egzotycznego miejsca... Natomiast w ,,Dziewczynie moich koszmarów" to dopiero wstęp. 
Film polecam do obejrzenia w ramach relaksu i poprawienia sobie nastroju - bo każdy czasem potrzebuje takiej lekkiej, śmiesznej komedii, pozwalającej na zapomnienie o własnych problemach. ,,Dziewczyna moich koszmarów" sprawdzi się w tej roli idealnie. Przy okazji, taka mała zachęta - smarowanie się ropą naftową zamiast filtrem podczas opalania wyłożyło mnie na łopatki, chyba nigdy nie zapomnę tej sceny :) 

Może nieco przesadziłam pisząc, że ,,Ostatni dom po lewej" (reż. D. Iliadis) to przyjemny i rozluźniający zabijacz czasu. Wrażliwym na widok krwi ludziom absolutnie ten film nie umili wieczoru - wręcz przeciwnie, tylko niepotrzebnie podniesie ciśnienie, a ja nie chcę być odpowiedzialna za żadne późniejsze konsekwencje ;) Od razu więc uprzedzam, że ten utwór przedstawia dużo agresywnych zachowań, bijatyk, siekanek i rozlewu czerwonej cieczy. 
,,Ostatni dom po lewej" zaczęłam oglądać w przerwie reklamowej ,,Dziewczyny z moich koszmarów" - zobaczyłam fragment, który mi się spodobał, więc stwierdziłam, że bardzo chętnie zapoznam się z całością. Chciałam jednocześnie dokończyć ,,Dziewczynę...", pojawił się więc mały problem. Ale nie dla mnie! Spostrzegłam, iż o 1:55 tej samej nocy i na tym samym kanale telewizyjnym będzie emitowany po raz kolejny thriller ,,Ostatni dom po lewej". Zdecydowałam, że wytrzymam i poczekam, chociaż między jednym a drugim filmem były prawie dwie godziny przerwy (które zajęłam oglądaniem piątej części Harry'ego Pottera). Wytrzymałam i poczekałam. 
W ramach wypoczynku siedemnastoletnia Mari (Sara Paxton) wraz z rodzicami przyjeżdża do domu położonego na odludziu. Chcąc wieczór spędzić z przyjaciółką, dziewczyna wyjeżdża do miasta. Koleżanki spotykają chłopaka oferującego im naprawdę dobre zioło. Cóż mają robić, zrezygnować z takiej okazji? Razem z Justinem, bo tak ma na imię nowy kolega dziewcząt, wybierają się do jego mieszkania. Nigdy by się nie spodziewały, że ten dzień być może będzie ich ostatnim... 
Mari i jej koleżanka, przesiadując z Justinem w motelu, nie wiedzą, że ten pokój to kryjówka socjopatycznych bandytów, którzy, zastawszy je tam, porywają nastolatki, a następnie torturują i gwałcą. Jedynym ratunkiem Mari jest dotarcie do domu i rodziców, jednakże jej napastnicy nieświadomie znajdują schronienie w tym domu - ostatnim domu po lewej. 
Film ten owszem, jest wciągający i momentami przerażający, aczkolwiek nie wywarł na mnie oczekiwanego wrażenia. Co prawda motyw zdesperowanych i rozwścieczonych rodziców był niczego sobie, ale nic więcej. Niektóre fragmenty zdawały się być pozbawione jakiejkolwiek logiki.  
,,Ostatni dom po lewej" to utwór bardzo mocna, szokująca i obrzydliwa, zdecydowanie nie dla ludzi o słabych nerwach - przykładem jest chociażby scena gwałtu, ciągnąca się nieubłaganie, podczas której wrażliwym widzom może się nawet zbierać na wymioty. Ogólnie rzecz biorąc - film niezły, ale bez rewelacji. 

piątek, 9 listopada 2012

Dla odmiany

Witam wszystkich serdecznie. 
Na wstępie chciałabym się pochwalić, że zostałam wicemistrzynią ortografii w moim mieście - dostałam drugie miejsce w Wielkim Dyktandzie Ortograficznym napisanym przez prof. Markowskiego. Jestem z siebie bardzo dumna, bowiem poziom był dosyć wysoki. 
Kolejnymi powodami mojej radości (uznałam, że trzeba się cieszyć z małych rzeczy) są - piątek, świadomość, iż następny tydzień będzie bardzo luźny, więc sobie poczytam, oraz przesyłka ze Świata Książki - mam już nowego Akunina, Masona i piękną biografię Katarzyny II Wielkiej. Egzemplarze leżą obok mnie i pięknie pachną ;) 
Obecnie czytam ,,Białą lwicę", czyli trzeci tom cyklu o Kurcie Wallanderze - myślę, że w weekend na pewno skończę tę książkę i zacznę jakąś inną. 
Tak naprawdę nie spotkaliśmy się tutaj, aby pogadać o głupotach ;) Powód jest dużo poważniejszy - zostałam wywołana przez Dizzy do wzięcia udziału w jakimś tam nowym łańcuszku o nazwie Liebster Blog ♥ . Bardzo mi miło, że ktoś o mnie pomyślał. 
Moje zdanie na temat tego typu łańcuszków jest mieszane i zależne od sytuacji. Z jednej strony uważam, że to typowe zapychacze blogowe, z drugiej - fajnie tak poczytać coś o ludziach, których recenzje czyta się na co dzień, coś innego od tekstów o książkach. To znakomity i bardzo miły sposób na poznanie siebie i swoich zwyczajów. Pomyślałam więc - czemu nie? ;) 
1. Co Cię skłoniło do założenia bloga?
Cóż, w zasadzie to nie do końca pamiętam powody, dla których założyłam bloga. Wiem, że chciałam składowisko moich myśli na temat książek, potrzebowałam ludzi, z którymi mogłabym porozmawiać o literaturze oraz zwyczajny spis przeczytanych przeze mnie. 
2. Jaka była najdziwniejsza reakcja społeczeństwa na to, że czytasz książki? 
Szczerze powiedziawszy, nie było żadnej interesującej reakcji - może przez chwilę szacunek, respekt, podziw, zdziwienie, czasem jęk ,,łeee, książki, nie lubię czytać". Dziwię się natomiast ludziom, którzy głoszą wszem i wobec, że tak, oni czytają, i że wszyyyyscy wokół się temu dziwią. Ja rzadko spotykam się z tym, że ktoś się reaguje w ten sposób - po prostu, gdy wkraczam w tematykę literatury, ludzie z udawanym zrozumieniem kiwają głowami i zmieniają temat, bo zwyczajnie nie mają nic do powiedzenia. 
3. Czy jest jakaś książka, która jest dla Ciebie szczególnie ważna? 
To trudne pytanie. Wszystkie książki są dla mnie bardzo ważne - to one pomagają mi zrelaksować się i rozwijają mnie intelektualnie. Są częścią mnie, dlatego myślę, że niesprawiedliwe byłoby wytypowanie jednej, najważniejszej. 
4. Co sądzisz o epidemii ,,paranormal romance"? 
Ee tam, epidemia od razu ;) To po prostu jeden z wielu podgatunków fantastyki, która widocznie się ludziom podoba, skoro jest na nią taki ,,szał" i tyle :) Ja też częściej lub rzadziej (raczej rzadziej) lubię zagłębić się w świecie wampirów i naiwnych, głupiutkich nastolatek. Co prawda z biegiem czasu odczuwam coraz mniejszą potrzebę sięgania po paranormale, ale jednak nie zgrywam kogoś, dla kogo tego typu utwory są ,,kijem nie dotknę". :)) 
5. W jaki sposób umilasz sobie czytanie? 
I tu po raz kolejny nie odpowiem wprost, bo myślę, że czytanie samo w sobie jest wielką przyjemnością i nie ma potrzeby go umilać :) Lubię przegryźć coś słodkiego podczas lektury, napić się czegoś gorącego, posłuchać spokojnej muzyki. 
6. Masz swoje motto życiowe lub ulubiony cytat? 
A mam, i to nawet z książek. 
Po pierwsze: 
 "Każdy ma coś do stracenia. My tylko musimy to odkryć. Dumę. Opętanie. Punkt widzenia. Człowiek może je stracić za jednym zamachem." ["Hiszpańska Mucha" - Will Ferguson]
Po drugie: 
"- Myślisz, że nie wolno bić dzieci? - Alicja spojrzała na mnie uważnie. - Bić? Co oznacza bicie? Jeśli moje dziecko chciałoby zwalić na siebie garnek z wrzątkiem, wierz mi, nie siliłbym się na tłumaczenia. Stłukłbym mu tak dupę, by wiedzieć, że nigdy nie zrobi już nic podobnego. Bo wolałbym, żeby miało siniaki od klapsów niż poparzenia trzeciego stopnia. - Czyli wolno bić dzieci? - Nie - odparłem mocno. - Nie wolno. Ale są wyjątki. Nieliczne. Takie jak ten z wrzątkiem. Alicja pokręciła głową z wyraźnym niezadowoleniem. - A nie sądzisz, że powinieneś raczej stłuc tyłek samemu sobie, że dopuściłeś takie malutkie dziecko blisko garnka? Że to twoja wina, bo nie dopilnowałeś? PRzecież co jest winien taki mały człowieczek, że jest ciekawy świata?" ["Alicja" - Jacek Piekara]
Po trzecie mam podejście, że niczego nie żałuję (niczym E. Piaf;) 
7. Czy jesteś od czegoś uzależniona? 
Od książek, jedzenia i picia ;) 
8. Preferujesz czytanie w domu czy na łonie  natury? 
Chyba wolę czytać w domu - jest mi wtedy najwygodniej. 
9. Czy chciałbyś wydać w przyszłości książkę? Jeśli tak to o jakiej tematyce? 
Nie czuję takiej potrzeby, aczkolwiek gdybym już miała coś wydawać, to zdecydowanie byłaby to książka przedstawiająca bunt młodych i coś o demoralizacji. 
10. Posiadasz jakiegoś futrzanego bądź jakiegokolwiek innego milusińskiego w domu? 
Panią przytulanką jest u mnie suczka Fiona, małych rozmiarów, ale o wielkim serduszku, która jest przeurocza. Poza tym mam papugę nimfę, chociaż jego milusińskim nie nazwę ;) 
11. Co sądzisz o wymianach książkowych? 
Sądzę, że to naprawdę fajna idea dla ludzi, którzy nie potrzebują pachnących nowością książek, a mają manię chomikowania. I nie tylko - to także dobry pomysł dla tych, którzy nie lubią bądź nie chcą sprzedawać swoich zbiorów, a dany utwór im się nie spodobał. Poza tym to tani sposób na zdobycie nowych egzemplarzy - za wysyłkę płacimy pięć złotych, a w dzisiejszych czasach za nowość - czterdzieści i więcej złotych. 

Wybaczcie, ale pójdę na łatwiznę i każdego, kto ma ochotę na udział w zabawie, zachęcam do odpowiedzenia na powyższe pytania, zadane mi przez Dizzy :) Mile widziane późniejsze linki w komentarzach. 
Jakie macie plany na weekend? Będziecie coś czytać, spędzicie ten czas z rodziną czy może jakiś inny pomysł na zagospodarowanie czasu? :) Pozdrawiam ciepło i życzę udanej soboty i niedzieli! 

czwartek, 8 listopada 2012

Philip K. Dick: ,,Galaktyczny druciarz"


Wydawnictwo: Rebis 1996
Język oryginału: amerykański 
Tytuł oryginału: 'Galactic Pot-Healer' 
Przekład: Cezary Ostrowski 
Liczba stron: 190 

Nierzadko sięgam po fantastykę - zazwyczaj są to lekkie książki fantasy, w których rzeczywistość miesza się z nierealnością. Prawdopodobnie nigdy jednak nie czytałam nic, co klasyfikowałoby się do science-fiction - a może po prostu nie odróżniam tych podgatunków. 
Jakie będzie życie za trzydzieści lat? 
Philip K. Dick to autor, którego żadnemu koneserowi literatury fantastycznonaukowej nie trzeba przedstawiać. Ten amerykański pisarz science-fiction nazwany kultowym i mającym znaczący wpływ na rozwój tegoż gatunku literackiego. Napisał wiele opowiadań, nowel oraz powieści, takich jak ,,Ubik", ,,Możemy cię zbudować", ,,Wyznania łgarza" i ,,Marsjański poślizg w czasie", znanych i docenianych na całym świecie. Kilkanaście jego dzieł doczekało się ekranizacji. 
2046 rok, Komunistyczna Republika Ludowej Ameryki. Joe Fernwright jest konserwatorem porcelany, obecnie, w dobie plastiku - bezrobotnym. W mieście całkowicie zawładniętym przez instancje, gdy powrócił komunizm, mężczyzna wpada w coraz większe tarapaty i zaczyna wpadać w nastrój odrętwienia, kiedy już nie ma się nic do stracenia. Pewnego dnia dostaje ryzykowną propozycję od Glimmunga - stworzenia nieokreślonego i bardzo potężnego. Postawiony przed wyborem - albo zostać złapanym przez władze, co skutkowałoby pozbawieniem wolności, albo zreflektować zapytanie Glimmunga i pomóc mu w wydobyciu starożytnej katedry z dna morza na innej, odległej planecie, Joe decyduje się na drugą opcję. 
,,Galaktyczny druciarz" (w późniejszym tłumaczeniu ,,Druciarz galaktyki") to moje pierwsze spotkanie z Philipem K. Dickiem. Mam mieszane wrażenia po lekturze tej książki, ale o tym nieco później. 
Utwór ten trudno zakwalifikować do jednego, niezmiennego gatunku literackiego - jest to bowiem osobliwa mieszanka fantasy, science-fiction, a przy tym, jak zdradza nam opis z okładki, filozofii i mitologii. Dodatkowo okraszona ironią i specyficznym poczuciem humoru, wzbudza w czytelniku różne emocje - od zdezorientowania, przez zainteresowanie, po rozbawienie. 
,,-Mnie Glimmung zdawał się bogiem - stwiedził Joe. - Jest taki potężny. 
-Bogowie nie spadają przez dziesięć pięter do piwnicy - zauważył robot. 
-Tak, to logiczne - przyznał Joe. '' [str. 114]
 Jak wspominałam, w ,,Galaktycznym druciarzu" znajdziemy nie tylko robotów, gadżety, które dla nas w tych czasach są niewyobrażalne, ale także elementy zagadnień ponadczasowych i filozoficznych, skłaniających do wielokrotnych refleksji. Jak to w fantastyce bywa, postacie są realne - mają nasze ludzkie usposobienie, tok myślenia. 
,,Człowiek jest upadłym aniołem, pomyślał Joe Fernwright. Kiedyś wszystkie anioły były jednakowe. W czasach, gdy miało się szansę wyboru między dobrem a złem, łatwo było być aniołem. Ale potem coś się stało. Coś nawaliło, zepsuło się, pękło. I anioły stanęły już nie przed wyborem dobra czy zła, ale mniejszego zła. To zamieniło ich w ludzi." [str. 50]
Znawcy i miłośnicy literatury napisanej przez Dicka zgodnie twierdzą, iż ,,Galaktyczny druciarz" to powieść inna od pozostałych wywodzących się z dorobku tego autora, a także że nie jest ona dobrym utworem na zapoznanie się z nim. Być może to prawda, mnie jednak ta książka zachęciła do dalszego poznawania dzieł pisarza. Uważam, że ,,Galaktyczny druciarz" jest niebagatelny, mądry, metaforyczny oraz dosyć wciągający. Mimo to z przykrością przyznaję, iż ostatnie czterdzieści stron niewiarygodnie mnie znudziło - miałam wręcz ochotę porzucić lekturę w kąt. 
Przymykając oko na tę końcową niedogodność myślę, że ,,Galaktyczny druciarz" to powieść  godna polecenia - chociażby dlatego, iż warto poznać pióro kogoś, kto określany jest jako kultowy pisarz science-fiction. 
 
 
 

poniedziałek, 5 listopada 2012


Kiedy zrecenzowałam ,,Jesteś bogiem", moi Czytelnicy okazali zadowolenie z tego pomysłu, z czego ogromnie się cieszę. Postanowiłam więc, że od czasu do czasu będę pisała o  film.
Na ,,It's kind of a funny story" (,,Całkiem zabawna historia") trafiłam zupełnym przypadkiem. Przeglądając facebook'owe śmietki zobaczyłam to -> zdjęcie, które zachęciło mnie do sięgnięcia po całość.
Piętnastoletni Craig (Keir Gilchirst) cierpi na depresję i od dawna ma myśli samobójcze. Szukając ucieczki od problemów, dobrowolnie prosi o - ba! domaga się - zapisania na oddział psychiatryczny. Zgłoszenie zostaje pozytywnie rozpatrzone, a przyjęty już chłopak poznaje na swojej drodze wielu wspaniałych ludzi - dorosłego (bo oddział dziecięcy akurat w remoncie) już Bobby'ego (Zach Galifianakis) i kilkunastoletnią Noelle (Emma Roberts). W ciągu obowiązkowych pięciu dni pobytu Criag zmienia swój światopogląd i zaczyna dostrzegać promyki słońca wydostające się zza szaroburych chmur. 
Na początku było dziwnie. No bo jak to, piętnastolatek, dla którego apogeum szczęścia byłaby śmierć, zgłasza się na oddział psychiatryczny? Dobrowolnie? Szczerze mówiąc, gdybym była na jego miejscu, unikałabym takich miejsc jak diabeł wody święconej. Starałam się być jednak wyrozumiała - może dzieciak miał być wyjątkowo inteligentny i dlatego ruszył głową, a nie sznurem (wybaczcie czarny humor;) albo nagle zaczął odczuwać, że stracił kontrolę i po prostu musiał coś z tym zrobić. 
Po upływie kolejnych minut filmu zmieniłam nieco zdanie na ten temat. Dałam się wciągnąć, pozwoliłam czarowi ,,It's kind of a funny story" zapanować nad moim umysłem. Film ten ma bowiem swój osobliwy urok - mimo smutnej, a nawet przerażającej tematyki miał w sobie tyle ciepła, pozytywnych emocji, humoru i mądrości, ile nie ma żadna komedia romantyczna. Ta dowcipna, dająca do myślenia opowieść o dorastaniu znacznie poprawia samopoczucie i pozwala uwierzyć, iż nawet z najgorszej sytuacji można znaleźć wyjście, ale tylko, jeśli się tego chce. 
,,Ten, kto nie jest zajęty rodzeniem się, jest zajęty umieraniem."
Tę mądrą sentencję rozesłałam sms'em do najbliższych znajomych, zapisałam sobie na dużej kartce, a nawet, co zdarza mi się wyjątkowo rzadko, opublikowałam na swoim facebook'owym profilu. Należy bowiem pamiętać, że w życiu nie da się stać w miejscu - albo rozwijamy się, albo cofamy. Co wybierzesz? 



sobota, 3 listopada 2012

Erin Morgenstern: ,,Cyrk Nocy"


 Wydawnictwo: Świat Książki 2012 
 Język oryginału: angielski
 Tytuł oryginału: ,,The night circus" 
 Przekład: Patryk Gołębiowski
 Liczba stron: 430 

Witaj. Być może przechodziłeś tędy przypadkiem, a może Twoja intuicja wyczuła przygodę i skierowała Cię tutaj. Nieważne jak, ważne, że już tu jesteś - i  nie wyjdziesz prędko, możesz mi wierzyć. 
W czarno-białym Le Cirque des Reves czeka Cię wiele niespodzianek. O niektórych z nich nawet nie śniłeś, chociaż Twoja wyobraźnia jest bardzo rozwinięta. Od dziś będziesz miał okazję wędrować po Lodowym Ogrodzie, szybować wśród gąszczu chmur, oglądać popisy utalentowanych akrobatów. Zobaczysz, jak pewna dziewczynka i chłopiec oddziałują na małe, urocze kocięta, a także, jak kobieta-guma bez trudu mieści się w przezroczystym pudełku wielkości skrzynki na listy. Zapoznasz się nawet z samą iluzjonistką, od której nie będziesz mógł oderwać wzroku. To, co wydaje Ci się być niemożliwe, w tym cyrku stanie się urzeczywistnione. Pamiętaj - możesz tu przyjść tylko w nocy i radzę Ci, nie łam tej zasady, bo zostaniesz wykrwawiony. 
Magia. To chyba najlepsze słowo, jakie opisuje tę książkę, a jednocześnie to za mało. Nie da się oddać klimatu ,,Cyrku nocy", bo skosztować tej delicji może tylko ten, kto zagłębi się w lekturę. 
Le Cirque des Reves, w którym byłam przez dwie ostatnie noce, zachwyci Cię - gwarantuję. To klimat, w którym utoniesz - to świat nierzeczywisty, w którym wszystko jest rzeczywiste [spostrzegawczy czytelnicy wiedzą, skąd to zdanie]. Ja całkowicie poddałam się cyrkowcom, choć to chyba nie najlepszy sposób na nazwanie wszystkich niesamowitych, wyjątkowych, osobliwych postaci, z jakimi miałam przyjemność spędzić ten czas. Iluzjonistka Celia, asystent Marco, bliźnięta Szkrab i Gizmo, kobieta-guma. Oni oraz reszta artystów tworzą cyrk, jakiego nie zapomnicie do końca życia. Cyrk, który Was uzależni i nie pozwoli odejść nawet na minutę. 
Nie wiem, co mogę napisać o ,,Cyrku nocy" - a taka bezradność bardzo rzadko mi się zdarza. Zostałam zaczarowana, nie ma innej opcji. Ten dziewiętnastowieczny obraz na zawsze zostanie w mojej pamięci i chciałabym, abyście i Wy skusili się na podróż po cyrku. Zachęca sama okładka, przepiękna, jak zresztą całe wydanie. Nawet opis namawia Was, żebyście zagłębili się w lekturze i pozwolili sobie na chwilę rozluźnienia, bezkresnego wędrowania od namiotu do namiotu, każdego w czarno-białe paski. Zmysł smaku zadowólcie czekoladowymi myszami i cynamonowymi ciastkami, węch - aromatem karmelu i czegoś jeszcze, czego nie potraficie określić; umysł zaś niech rządzi się własnymi prawami, niech odda się magicznej atmosferze. 
Cyrk ten nie ma nic wspólnego ze sztampowymi klaunami, słoniami i wielbłądami, które nikogo wymagającego nie śmieszą. 
Cyrk pomaga zapomnieć o problemach, oderwać od rzeczywistości. 
Cyrk zachwyca. 
Polecam. 

czwartek, 1 listopada 2012

Maureen Lee: ,,Nic nie trwa wiecznie"


 Wydawnictwo: Świat Książki 2012
 Język oryginału: angielski
 Tytuł oryginału: 'Nothing las forever'
 Przekład: Ewa Morycińska-Dzius
 Liczba stron: 366

Życie jest złożone z wielu niespodzianek, nieoczekiwanych wydarzeń, przeciwności losu. Jednego dnia osiągamy apogeum szczęścia, a następnego - staje się coś, co na zawsze odmienia naszą egzystencję. Możemy rano być najlepszym przykładem zdrowia, a wieczorem - wpaść pod samochód. W każdej chwili istnieje możliwość, że potkniemy się i przewrócimy, nie złapiemy się w porę i spadniemy. 
Maureen Lee to angielska autorka wielu powieści obyczajowych, głównie dla kobiet. Polscy czytelnicy znają ją głównie z ,,Matki Pearl" i ,,Wrześniowych dziewczynek". 
Brodie to dojrzała, czterdziestoletnia kobieta, której do tej pory wszystko układało się, jak należy. Ma przystojnego męża, dwójkę dorosłych dzieci. To tylko pozory ideału - jej córka to narkomanka i Brodie nie ma pojęcia, gdzie się znajduje od kilku miesięcy. Stosunki z Colinem także zaczęły się psuć - partnera nie obchodzi już życie własnego dziecka. Brodie podejmuje ciężką decyzję i przeprowadza się do wielkiego domu - Kasztanów, który dostała od matki dawno temu, a który przez długi czas wynajmowała. 
Vanessa jest młodą, inteligentną dziewczyną, nieco jednak apodyktyczną i traktującą ludzi z góry. W dniu swojego ślubu jej narzeczony ją porzucił, przez co zaczęła tyć. Po kilku miesiącach stała się kobietą z potężną nadwagą. W ramach odchudzania i pokonania dręczącej ją depresji, Vanessa na rok wprowadza się do Kasztanów
Diana jako osiemnastolatka została porzucona przez matkę z trzema młodszymi braćmi. Teraz, jako dwudziestopięciolatka, jest osobą przesympatyczną, uroczą, zawsze pomocną i energiczną, chociaż trochę naiwną. Podjęła decyzję o przeprowadzce do Kasztanów, bo we własnym domu zaczęła czuć się jak piąte koło u wozu. 
Rachel, ostatnia już lokatorka Kasztanów, to najmłodsza z czwórki kobiet. Ma zaledwie piętnaście lat i jest mamą małej, słodkiej Poppy. Uciekła z domu ze strachu przed szukającymi jej ludźmi, którzy chcą odebrać jej dziecko. Jedynym wsparciem dla Rachel jest jej szesnastoletni chłopak, za którego wkrótce planuje wyjść za mąż. 
Między kobietami z biegiem czasu tworzy się silna i nieprzerwana więź - każda uczy się czegoś od drugiej, każda sobie pomaga i wspiera. Wszystko jednak ma swój koniec, bowiem nic nie trwa wiecznie. 
,,Nic nie trwa wiecznie" to dojrzała, przyjemna, pełna ciepła książka właśnie o, jak napisałam w pierwszym akapicie, przeciwnościach i przewrotach losu. Każda z powyższych kobiet została ofiarą czarnych żartów przeznaczenia. Sztuką jest, aby przyjąć te kawały z uśmiechem na twarzy - nawet udawanym. Nawet w trudnych momentach nie możemy sobie pozwolić na załamania. 
Powieść Maureen Lee bardzo mi się podobała i wciągnęła do tego stopnia, że przeczytałam ją w dwa wieczory. W ponurym okresie jesieni i zimy ,,Nic nie trwa wiecznie" nadaje się do czytania doskonale - poprawia nastrój, wywołuje uśmiech na twarzy i pozwala uwierzyć w siebie. Poza tym spełnia rolę znakomitego czytadła, daje odprężenie. 
Irytowała mnie jedna z głównych bohaterek, a mianowicie Diana ze swoim niewinnym, idealnym, anielskim charakterem, która była tak dobra, że chciała pomóc wszystkim na świecie. Wydawała się być zbyt czysta, a przy tym naiwna jak owca. Myślę, że autorka przesłodziła tę postać - co za dużo, to niezdrowo! 
Pozostałe bohaterki wykreowane przez Mareen Lee sprawiały przyjemne wrażenie, poza aspołeczną  początkowo Vanessą, ale nie mam prawa się dziwić jej zachowaniu. Najbardziej do gustu przypadła mi właścicielka Kasztanów, Brodie - odpowiedzialna, rozsądna i niesztampowa postać. 
,,Nic nie trwa wiecznie" mogę polecić szczególnie kobietom - warto zanurzyć się na chwilę w tej książce niczym w ciepłym kocu. Na jesień - pozycja idealna.