poniedziałek, 30 lipca 2012

Attica Locke: ,,Czarna woda"



 Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2011
 Język oryginału: angielski
 Tytuł oryginału: ,,Black Water Rising"
 Przekład: Tomasz Wilusz
 Liczba stron: 392


,,Czarna woda' trzyma w napięciu od pierwszej strony! Akcja toczy się w szalonym tempie, a zakończenie jest nie do przewidzenia..."


Kiedy przeczytałam tę jakże zachęcającą zapowiedź dobrej lektury obiecującej drżące ze strachu kończyny i włos stający na głowie, byłam pełna podekscytowania. Przyznaję bez bicia - uwierzyłam, naiwnie uwierzyłam w tę gwarancję kryminału wysokiej jakości. Jakie było moje zaskoczenie, gdy po stu, dwustu, trzystu stronach nie odczułam tego napięcia nawet przez minutę. Nie trafiłam także na szalone tempo - wręcz przeciwnie, akcja wlokła się, szła jak po grudzie. Teraz, świeżo po lekturze ,,Czarnej wody", mogę śmiało wybuchnąć gromkim, szyderczym śmiechem - cóż oni wypisują na tych okładkach, żeby przyciągnąć czytelnika! Wydawcy gotowi są obiecać Ci wszystko, bylebyś tylko kupił chociaż jeden egzemplarz. A że naiwne rybki, takie jak ja i multum innych, spragnionych wrażeń, amatorów mocnej powieści, nabrali się - to już inna sprawa.
No, ale od początku.
Jay Porter to prawnik - niestety nie taki, jakim chciał być. Jego najważniejszą klientką jest młodziutka prostytutka i póki co nie zapowiada się na nic więcej. Od czasu do czasu teść, pastor, ,,podrzuci" Porterowi jakąś drobną sprawę dotyczącą parafian - ale nic poza tym. Jay nie marzy jednak o karierze - przeciwnie, te rzeczy wyleciały mu już dawno z głowy. Chciałby tylko żyć w spokoju z żoną i dzieckiem, które jest już w drodze.
Odkąd Jay ratuje życie pięknej kobiety, wyławiając ją z wody, jego egzystencja przewraca się do góry nogami. Wystarczy jeden nieprzemyślany ruch, jedyny krok, a może stracić wszystko: rodzinę, pracę, nawet własne życie...
I w tym miejscu czar pryska.
,,Czarna woda" to tak naprawdę nie jest kryminał. Intryga pełni tutaj niewielką rolę. Autorka zarzuca nas bowiem pogadankami o konflikcie ras, strajkach i ogólnie polityce. Jeżeli kogoś - tak jak mnie - nie interesują takie tematy, może się poważnie znudzić podczas lektury.
Jedyne, co powstrzymywało mnie przed porzuceniem książki i zaprzestaniem czytania, to styl pani Locke. Całkiem przyjemny, bez niepotrzebnych ubarwień, wielce wyszukanego słownictwa. Chociaż, szczerze mówiąc - czy to nie jest standard w kryminałach? Poprawka, w prawdziwych kryminałach?
No, może jeszcze bohaterowie. Oni byli stosunkowo ciekawi - zwłaszcza pani burmistrz i Rolly, facet w czarnej, skórzanej kamizelce. Tę pierwszą postać polubiłam za upartość, odwagę i dążenie do spełnienia marzeń - te cechy bardzo cenię. Rolly, chociaż trzecioplanowo, sprawił po prostu wrażenie interesującego.
Sam Jay Porter natomiast to postać beznadziejna. Osiągając pewien wiek, człowiek powinien zacząć myśleć racjonalnie, stać się chociaż trochę odpowiedzialnym - zwłaszcza, jeśli w grę wchodzi nie tylko własne życie, ale i dwóch innych osób (w tym przypadku żony i dziecka, jeszcze w jednym ciele, ale niedługo).
Nie narzekam na to, że autorka w zły lub nudny sposób przedstawiła konflikty ras i inne, bardzo ważne zresztą, kwestie społeczne. Sęk w tym, że ja, biorąc do ręki ,,Czarną wodę", spodziewałam się mrożącego krew w żyłach thrillera, a nie powieści mówiącej w dużym stopniu o polityce. Może gdyby wydawnictwo zaprezentowało ten utwór inaczej, miałby szansę na więcej pozytywnych opinii.





czwartek, 26 lipca 2012


Opowieści z Avonlea - Lucy Maud Montgomery

Wydawnictwo: Literackie 2006
 Język oryginału: angielski
 Tytuł oryginału: ,,Chronicles of Avonlea"
 Przekład: Ewa Fiszer
 Liczba stron: 215


Kojarzycie może rudowłosą, wygadaną dziewczynkę, która zwała się Anią? Tak, to ta z ogromną wyobraźnią, niewyparzonym językiem, inteligentna, uparta i bardzo sympatyczna. Ta, która była ulubioną towarzyszką w dzieciństwie wielu dzieci, zwłaszcza dziewczynek. Zgadza się, mowa o Ani Shirley!
Dodam jeszcze - o Ani wykreowanej przez wspaniałą autorkę Lucy Maud Montomery - ukochaną przeze mnie w dziecięcych czasach. Jeżeli ktoś mi powie, że nigdy o niej nie słyszał - nie uwierzę, a jeśli nawet, to prędko zaprzestanę rozmowy. Jest to bowiem pisarka znana na całym świecie ze swojej fenomenalnej i podbijającej młode serca serii o Ani z Zielonego Wzgórza - najpierw małej dziewczynce, sierotce, a następnie coraz starszej i poważniejszej, urodziwej kobiecie. Nie mogę się nadziwić ludziom, którzy nie lubią cyklu o tym wygadanym rudzielcu.
,,Opowieści z Avonlea" to zbiór opowiadań mówiących o bohaterach tytułowego miejsca - tych bardziej, i mniej znanych z poprzednich książek autorki. Historie poruszane w tym niewielkim egzemplarzu dotyczą głównie miłości i przyjaźni, ale poruszają również kwestie samotności, nadziei, pasji i przywiązania. Opowiastki są banalne i bardzo przewidywalne, ale przy tym urocze, napisane interesującym językiem zrozumiałym dla młodszych czytelników. Sama Ania Shirley występuje w nich sporadycznie, zawsze jako tło, drugo- i trzecioplanowa postać.
Jeżeli ktoś nie lubi opowiadań, ta książka może nie przypaść mu do gustu. Mnie nie porwała, ale leżąc na plaży, przyjemnie było przeżyć przygody wraz z mieszkańcami Avonlea - prostymi rodzinami, oddanymi przyjaciółmi, samotnymi starymi pannami i wiernymi kochankami. Każda opisana przez Montgomery historia kończy się, jak można się domyślić, szczęśliwie, ale czy to wada? Nie, uważam, że to naturalna cecha tego typu utworów.
Opowiadania te są bardzo nierówne. Jedne mi się spodobały bardziej, drugie mniej. Część była nieco nudna, a inne dzieła interesujące i wręcz pochłaniające. Jeżeli macie ochotę na chwilę wspomnień, powrotu do czasów dzieciństwa (oczywiście spędzonego wspólnie z Anią Shirley w Avonlea) - polecam.

wtorek, 24 lipca 2012


Droga przy plaży - James Patterson

Wydawnictwo: Albatros 2007
Język oryginału: angielski
Tytuł oryginału: ,,Beach Road"
Przekład: Andrzej Szulc
Czyta: Zbigniew Zapasiewicz
Czas trwania mp3: 8h 11 min




Na początku stwierdzam, że na plaży - w Holandii jest obecnie ponad trzydzieści stopni, to już drugi dzień (odczuwam skutki plażowania na swojej skórze w kolorze dorodnego raczka) - zdecydowanie lepiej słucha mi się audiobooków niż czyta książki w wersji papierowej. Lepiej i wygodniej, przede wszystkim.
James Patterson to jeden z najpopularniejszych amerykańskich autorów thrillerów i kryminałów. Jego dzieła są porównywane do pisarstwa Johna Grishama, Stephena Kinga czy Dana Browna. Zdobył nagrodę im. Edgara Allana Poego. Napisał między innymi dwa popularne cykle: z Aleksem Crossem, liczący aż dwadzieścia pozycji oraz ,,Kobiecy Klub Zbrodni" - 11 tytułów. Patterson nie ma na swoim pisarskim koncie jedynie powieści kryminalnych - ja czytałam jego ,,Listy pisane miłością", bardzo romantyczną i wzruszającą książkę przedstawiającą piękną miłość.
Policja odnajduje ciała trzech młodych surferów, zabitych w okrutny sposób. Podejrzanym jest wschodząca gwiazda koszykówki, Dante Halleyville.
Tom Dunleavy to były koszykarz i właściciel jednoosobowej kancelarii adwokackiej w East Hampton. Razem z Kate Costello, dziewczyną sprzed lat i prawniczką o bardzo dobrej opinii, podejmuje się obrony Dantego, głęboko wierząc w niewinność przyjaciela. Nawet jeżeli wygrają sprawę, pozostaje pytanie: kto jest mordercą?
Kryminał ,,Droga przy plaży" słuchałam z wielkim zainteresowaniem, mimo nielubianego lektora. Mam wrażenie, że czytając, Zbigniew Zapasiewicz pluje śliną wszędzie dookoła, a przy tym - co jest dość śmieszne - ma bardzo wysuniętą do przodu szczękę. Ponadto momentami wyjątkowo mruczał. A może to moja MP4 jest taka cicha?
James Patterson pisze dobrze, ma lekki, wciągający i prosty styl, typowy dla amerykańskich autorów kryminałów. Intryga ukuta przez tego pisarza jest prowadzona dobrze, a rozwiązanie zagadki jest bardzo szokujące, chociaż według mnie trochę nielogiczne.
Książkę obserwujemy ze stale zmieniającej się perspektywy, ponieważ jest zbudowana z krótkich rozdziałów mówiących o różnych bohaterach. W ten sposób, dzięki narracji pierwszoosobowej, mamy okazję poznać tok myślenia zarówno Kate i Toma, jak i Dantego i kilku innych postaci. Uważam, iż to bardzo dobry zabieg zwiększający dynamikę powieści.
Jest upał, ja jestem zmęczona po całym dniu przebywania na słońcu, więc musicie mi wybaczyć objętość tej recenzji. Po prostu - polecam, bo książka jest interesująca, a zakończenie naprawdę niespodziewane.


poniedziałek, 23 lipca 2012

Dzisiejszego dnia miałam wreszcie przyjemność zwiedzenia stolicy Holandii - Amsterdamu. Jest on mniej więcej 130 kilometrów od miejsca, w którym mieszkam.
Drogę do Amsterdamu pokonałam na autostradzie na morzu. Na morzu północnym, gwoli ścisłości. Można było się zatrzymać, zjeść loda, wypić kawę i wejść na balkonik widokowy, z którego oglądałam statki. Oczywiście zrobiłam zdjęcia zarówno drogi, jak i samego zbiornika wodnego.
Prawda, że autostrada robi wrażenie?

Następnie, po godzinie błądzenia po przedmieściach, wjechałam do Amsterdamu. Od razu uderzyła mnie liczba ludności - ludzi, zwłaszcza innych narodowości, było bardzo wiele, co zresztą wiadome jest nie od dziś. Są tu niemalże wszystkie rasy, z czego rodowici Holendrzy nie są zadowoleni - a przynajmniej tak wynikało z rozmowy.
Co jeszcze zwróciło moją uwagę? Zapach. Typowy dla Amsterdamu - zapach trawki, to znaczy marihuanny. Jak zapewne wiecie, jest ona w Holandii zalegalizowana, a w coffee shopach można ją spożywać (chociaż wprowadzono zakaz sprzedaży turystom). Nie można jedynie palić jej na ulicach, z czego mieszkańcy nic sobie jednak nie robią.
Niestety, z Amsterdamu nie mam żadnych zdjęć. Zdążyłam zrobić jedno, zanim jakaś pędząca przed siebie dziewczynka wytrąciła mi z ręki aparat. Po tym incydencie stracił on wyrazistość i wszystkie obrazy są bardzo rozmyte.

Ludzie spostrzegawczy zobaczą, że wiele amsterdamskich budynków jest mocno przekrzywionych. Niestety nie wiem, dlatego tak jest. Ponadto haki umieszczone niemalże na każdym domu - to akurat, pamiętam jeszcze z lekcji geografii, służyło wciąganiu do mieszkań zakupów, ponieważ klatki schodowe (bądź drzwi, nie jestem pewna) były zbyt wąskie do przemieszczania na przykład mebli.

Nie kupiłam sobie nic poza, standardowo, koszulką z napisem ,,I <3 Amsterdam" - mam taką zasadę, że w każdej (prawie, ominęłam Pragę i Luksemburg) stolicy państwa, w którym jestem, kupuję taki właśnie T-shirt. Nie muszę później w nich chodzić, ale to świetna pamiątka. Poza tym kilka pocztówek (część z nich wyślę znajomym, część zostawię sobie - widokówki również nabywam  wszędzie, gdzie jestem. Mam już prywatną kolekcję :)).
Podsumowując - Amsterdam, stolica Holandii, który teraz stał się symbolem legalnego palenia cannabis i rozpusty - bardzo mi się podobał i z przyjemnością bym do niego wróciła. A może jeszcze będę miała okazję, w końcu zostaję jeszcze prawie dwa tygodnie... :)


sobota, 21 lipca 2012

Federico Moccia: ,,Tylko ciebie chcę"

                                                                   

Wydawnictwo: Muza 2008
 Język oryginału: włoski
 Tytuł oryginału: ,,Ho voglia di te"
 Przekład: Anna Niewęgłowska
 Liczba stron: 480



Mniej więcej trzy lata temu miałam niebywałą przyjemność przeczytać książkę pod tytułem ,,Trzy metry nad niebem" Federico Moccia. Wówczas byłam wręcz zakochana w tym dziele i przeżyłam go bardzo emocjonalnie. Zastanawiam się, czy teraz, po tych kilku wiosnach, odebrałabym je w ten sam sposób. Myślę, że tak - zimą tego roku obejrzałam film (,,Tre metri sopra il cielo") na podstawie powieści i byłam wręcz zachwycona. Popełniłam również błąd, ponieważ, spragniona wrażeń, obejrzałam również część drugą zarówno oryginału, jak i adaptacji - ,,Tylko ciebie chcę".
Federico Moccia to nie tylko fantastyczny pisarz, ale także reżyser filmowy - czy to nie wspaniałe, móc samemu wyreżyserować filmy na podstawie własnych książek? Zadebiutował on właśnie ,,Trzema metrami nad niebem", a potem napisał jeszcze osiem innych utworów - z tego, niestety, tylko cztery wydane w Polsce (proszę zauważyć słówka ,,a potem" i ,,z tego". Mam na myśli cztery książki wydane po debiucie, czyli rzecz jasna w sumie wynosi pięć.) . Jego dzieła poruszają tematykę miłości, opisują zakochanie na różne sposoby.
Step po dwóch latach spędzonych w Ameryce wraca do Włoch, do Rzymu. Zaczyna życie na nowo - znajdując pracę w telewizji, odnawiając kontakty z rodziną, poznając wielu nowych ludzi. Wśród nich energiczną, tętniącą życiem i inteligentną Gin, z którą, wydawałoby się, nie może się dogadać. Stefano próbuje zatrzeć ślady przeszłości, jednak nie jest to proste.
Kontynuacji ,,Trzech metrów nad niebem" rok po lekturze pierwszego tomu nie mogłam się doczekać. Później, kiedy zdobyłam książkę, zawsze znajdowało się coś innego do czytania, a o Mocci zupełnie zapomniałam.
Czego się spodziewałam? Przede wszystkim porywającej, urzekającej, realistycznej i przewrotnej historii dwojga młodych, szalonych i rządnych przygód ludzi. Czegoś równie dobrego, a może nawet lepszego, od ,,Trzech metrów nad niebem". Niestety,  nie mogę powiedzieć, że dostałam to, czego chciałam.'
Oczywiście, autor nadal prowadzi interesujący sposób narracji - w postaci raz Stepa, a raz Gin. Uważam, że to dobre rozwiązanie, bowiem czytelnik ma szansę poznać świat z perspektywy zarówno płci żeńskiej, jak i męskiej.  Moccia posługuje się lekkim, klarownym stylem.
Ponadto ,,Tylko ciebie chcę" jest momentami bardzo nielogiczną powieścią - czy to możliwe, aby w ciągu dwóch lat ktoś, kto do tej pory był typem łobuza, wyrósł ze wszystkich swoich nawyków i wcielił się w rolę potulnego, spokojnego i dobrego mężczyznę? Według mnie jest to niezbyt realne. 
Utwór tak naprawdę skupia się głównie na Stepie, a reszta to tylko tło - brakowało mi wielu bohaterów z pierwszego tomu. Autor, moim zdaniem, mógłby rozwinąć nieco wątek Babi albo Palliny.
Mimo wszystko, zagłębiając się w lekturę ,,Tylko ciebie chcę" Mocci, mamy okazję do wędrówki po fascynującym i pełnym niespodzianek Rzymie. Razem ze Stepem czujemy smak gorzkiego piwa w ustach, zapach prawdziwej, włoskiej pizzy i oczyma wyobraźni widzimy wszystkie opisywane zabytki. Uważam, że to wystarczająco wiele, żeby sięgnąć po kontynuację ,,Trzech metrów nad niebem".
Jednym słowem: czuję niedosyt. Duży niedosyt, bo książka ta nie porwała mnie w równie dużym stopniu, co poprzednia część. Podejrzewam, że Federico Moccia postawił sobie poprzeczkę za wysoko i po jego osławionym, zwanym bestsellerem debiucie, chciał coś napisać, ale nie wiedział dokładnie, co. I wyszła taka paplanina, ot, do poczytania, ale nic zachwycającego. Mimo wszystko ja nadal w tym pisarzu jestem zakochana po uszy i zamierzam w najbliższym czasie zapoznać się z innymi jego dziełami.

czwartek, 19 lipca 2012

Kącik muzyczny, tur 5. The Analogs

Wreszcie, po tylu zagranicznych zespołach, przyszła kolej na coś naszego, ojczystego. W części piątej kącika muzycznego zamierzam zaprezentować Wam mocny, uliczny punk rock w wykonaniu... The Analogs. Nie gwarantuję, że Wam się spodoba - jestem tego bardzo, bardzo ciekawa i czekam na opinie. 
The Analogs grają, jak już wspomniałam, street punk. Powstali w roku 1995 w Szczecinie. Są uważani za prekursorów tego gatunku w Polsce i do dnia dzisiejszego są jednymi z najbardziej lubianych. Zespół zabłysnął trafnymi i oryginalnymi tekstami Pawła Czekały, gitarzysty. Aktualnie The Analogs reprezentują Dominik Pyrzyna zajmujący się śpiewem, Jakub Krawczyk gitarą, Tomek Majorek - gitarą basową, Marcin Grzelak na perkusji i Paweł Czekała, grający na gitarze. Wydali aż trzynaście albumów, takich jak ,,Oi! Młodzież", ,,Poza prawem" i ,,Miejskie opowieści". 

Za każdym razem, kiedy tworzę notkę dotyczącą muzyki, chciałabym przedstawić Wam wszystkie piosenki danego zespołu, które lubię. Uwierzcie, że za każdym razem jest ich bardzo dużo. Nigdy dotąd nie miałam jednak tak dużego dylematu, jak teraz, bo tak naprawdę wszystkie utwory The Analogs lubię mniej więcej na tym samym poziomie. Zaprezentuję Wam dwie, których słucham najczęściej. 

,,Poza prawem" 


,,Strzelby z Brixton" - kojarzycie tytuł? To cover piosenki ,,Guns of Brixton" mojego ukochanego The Clash.


Warto również przesłuchać piosenki pod tytułem ,,Oi! Młodzież". 
Dziękuję za uwagę! 

Aha, nie wiem, o co chodzi z tymi datami postów - dodałam ten wpis o 3:44 19 lipca, a nie wczoraj. Nie rozumiem tego. 

środa, 18 lipca 2012


Wydawnictwo: MAG 2008
Język oryginału: angielski 
Tytuł oryginału: ,,Island of the Sequined Love Nun"
Przekład: Jacek Drewnowski 
Liczba stron: 540 


Christopher Moore to autor, któremu czytelnikom mojego bloga nie muszę przedstawiać. Jest on bowiem jednym z moich ulubionych pisarzy – tych mających bardzo specyficzne, acz genialne poczucie humoru, tuż obok Terry’ego Pratchetta i Kurta Vonneguta. Przejdźmy więc od razu do rzeczy.
Tucker Case to pilot. Konkretniej – pilot, który pewnej nocy rozbija się charakterystycznym, różowym samolotem swojej szefowej, będąc pod wpływem alkoholu z rządną wrażeń prostytutką. Po tym incydencie stoi w swoim kraju na przegranej pozycji – odebrano mu licencję na latanie i staje się owiany złą sławą.  Musi uciec z państwa, a z pomocą przychodzi pewien doktor misjonarz, dla którego Case zaczyna prowadzić samolot dla pewnego misjonarza i doktora na wyspie Alualu. Okazuje się, że wszystko jest jednak zdecydowanie bardziej skomplikowane, niż by się mogło wydawać.
Wkraczając do tego groteskowego świata poznacie mężczyznę – kobietę w roli nawigatora, gadającego Roberto, który jest nietoperzem, seksowną Kapłankę Nieba i jej męża oraz wiele innych, ciekawych i zabawnych postaci.

A czy warto?
Otóż sama nie wiem. Mimo tego, że nie potrafię być w stosunku do Christophera Moore’a w pełni obiektywna z powodu oczywistej słabości do niego, książka ,,Wyspa wypacykowanej kapłanki miłości” jest mocno przeciętną pozycją. Oczywiście – humor został zachowany, interesujące postacie również, co więc jest nie tak?
Przede wszystkim książka bardzo często była najzwyczajniej w świecie nudna i chwilami nie mogłam powstrzymać się od odliczania, ile stron zostało do końca. Rzecz jasna, zdarzały się interesujące, porywające momenty, aczkolwiek było ich znacznie mniej niż tych nużących. Christophera Moore’a zdecydowanie stać na coś więcej.
Ponadto fabuła - fatalna, jak nigdy dotąd u Moore'a. Może komuś innemu przypadnie do gustu, ale ja wiem, że to zupełnie nie moja bajka. Stworzenie i opisanie akcji w tej książce przypomina mi bardzo powolne rozwijanie nitki, a potem nagłe urwanie jej w połowie. Nie wszystko zostało wyjaśnione, ale tak naprawdę nie jestem na tyle zainteresowana, żeby główkować i domyślać się, jak to się wszystko potoczyło. 
Tucker Case to postać bardzo sympatyczna. To ,,frajer w ciele fajnego faceta”, jak sam się określał. Miał tendencję do irracjonalnych zachowań, przez co jest jeszcze zabawniejszy. Sarapul ludożerca i mężczyzna-kobieta Kimi – to również bohaterzy śmieszni, uroczy. Nie da się ich nie lubić.
Niestety ,,Wyspa wypacykowanej kapłanki miłości" nie porwała mnie, nie rzuciła mnie na kolana. Wręcz przeciwnie - miałam wrażenie, że cały czas stoję w miejscu. Nie zrażam się jednak do autora i wierzę, iż podczas pisania tej powieści miał po prostu gorsze dni. 
Nie zaczynajcie tą książką znajomości z Christopherem Moore'm - nie chcę, żebyście przestali lubić tego znakomitego pisarza. 

Aha, jeszcze chciałabym się pochwalić, że wczoraj kupiłam sobie dwie kolejne książki w języku angielskim - ,,Orlando" Virginii Wolf i ,,The Junk Yard: Voices From an Irish Prison" Marshy Hunt (o, tutaj kilka informacji). Jestem przeszczęśliwa! :)
  

poniedziałek, 16 lipca 2012

O tym, jak jest [2] Zakupy!

Wiem, że wczoraj już pisałam o tym, jak jest. Nie mogłam, no nie mogłam się jednak powstrzymać i musiałam się pochwalić.
Ale zaraz, zaraz, o co chodzi? No tak, zapomniałabym. Otóż dzisiaj, będąc w kringu, zerknęłam na dział z książkami. Po pierwsze - o mały włos nie kupiłam wielu egzemplarzy w języku holenderskim. Co z tego, że nic bym nie zrozumiała, ale posłuchajcie - Charlotte Link za 2,5 euro. James Clavell i jego ,,Gai-jin" w twardej okładce, nowiusieńki - 3 euro! Uwierzcie mi na słowo, że niewiele brakowało, a zwariowałabym na miejscu.
No, ale, co by się nie smucić, kupiłam sobie pięć książek w języku angielskim, które zaprezentuję poniżej. Z autorów znam tylko Isabel Allende, ale opisy mnie wystarczająco zainteresowały.

Od dołu:
1. Louise Bagshawe: ,,Monday's child"
2. Adele Parks - ,,Stil thinking of you"
3. Mo Hayder: ,,Pig Island"
4. Isabel Allende: ,,Eva Luna"
5. Jennifer Egan: ,,A visit from the good squad"


Może którąś z tych pozycji znacie? :)
Aha, to nie wszystko. W kringu, spacerując między półkami, natknęłam się na coś przepięknego. Coś, co urzekło mnie od początku, w czym zakochałam się od pierwszego wejrzenia. I musiałam, no musiałam to kupić.
A co to jest? Szklana lalka. Smutna, bez kolorów. W śmiesznych, przydużych nieco spodniach. Sami zobaczcie:
Nie wiem, co z nią zrobię po powrocie do domu - zapewne po prostu położę na półce i będę spoglądać na nią codziennie. Czyż nie jest urzekająca, magiczna?

Pozdrawiam! 

niedziela, 15 lipca 2012

O tym, jak jest [1]


Dzisiejszego dnia wreszcie wyruszyłam gdzieś, gdzie mogłam zrobić interesujące zdjęcia, które mogę Wam pokazać. Cały tydzień spędziłam na kempingu, w którym mieszkam. Kupiłam sobie własny rower służący do szybszego przemieszczania się do okolicznych miasteczek (Halle, Varsseveld). Oczywiście jeździmy również samochodem, ale na samotne podróże wybieram ten zdrowszy, dwukołowy środek transportu.
Dużo czytam, nocami słucham audiobooka - obecnie jest to ,,Droga przy plaży" Pattersona, - bo nie mogę zasnąć do około piątej nad ranem, co skutkuje wstawaniem w porze obiadowej. Jednym słowem - odpoczywam, relaksuję się i korzystam z ciszy i spokoju. Poznałam wielu ludzi, z którymi rozmawiam tylko po angielsku - jedni znają ten język lepiej, drudzy gorzej.
Pogoda jest kiepska. Cały czas pada, jest wietrznie, zimno. Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu to się zmieni i wreszcie powitamy słońce i upały, bowiem zamierzam popracować nad swoją opalenizną.

Dziś byłam w Enschede - miasto we wschodniej Holandii, w prowincji Overijssel. Co prawda nie zwiedzałam, bo po wypadzie na basen byłam nieco zmęczona, a pogoda nie dopisywała, ale zrobiłam kilka zdjęć.

A już jutro, a może pojutrze recenzja książki ,,Wyspa wypacykowanej kapłanki miłości" Christophera Moore'a. Teraz powiem, że jest to mocno przeciętna pozycja - Moore trzyma poziom, jego charakterystyczne i ukochane przeze mnie poczucie humoru jest, ale całość nie wzbudza zachwytu.
Pozdrawiam serdecznie!


środa, 11 lipca 2012

James Frey: ,,Jasny słoneczny poranek"

 Wydawnictwo: G+J Gruner 2009
 Język oryginału: angielski
 Tytuł oryginału: ,,Bright Shiny Morning"
 Przekład: Urszula Szczepańska
 Liczba stron: 590


James Frey to amerykański autor czterech książek. ,,Milion małych kawałków" oraz kontynuacja, ,,Mój przyjaciel Leonard", poruszają tematykę narkotyków, odwyku i są prawdopodobnie autentycznym opisem przeżyć autora, narkomana. ,,Jasny słoneczny poranek", powieść, która wzbudziła równie duży zachwyt, co poprzednie, również mówi o zagubieniu, upadku, rzeczach złych, wzbudzających strach i odrazę, aczkolwiek w nieco inny sposób.
,,Jasny słoneczny poranek" to tak naprawdę książka o wszystkich i o nikim. Autor co chwila wprowadza nowych bohaterów, o których czasami pisze więcej, a czasem mniej. Istnieją tutaj bohaterzy, których imion nie znamy. James Frey przez cały utwór prowadzi jednak cztery główne wątki, a reszta to tylko dodatek. Ponadto wprowadza nas w świat Los Angeles, podając różne, bardziej i mniej interesujące informacje na temat tego miasta.
Dylan i Maddie to nastolatkowie pochodzący z patologicznych rodzin. Pewnego dnia decydują się uciec, pozostawić zmartwienia i przeszłość daleko za sobą. Postanawiają, że udadzą się do Los Angeles, miasta, które obiecuje zapewnić im szczęście.
Amberton Parker jest gwiazdą filmową. Ma wszystko, o czym marzy człowiek, a nawet więcej - pieniądze, sławę, dzieci, piękną i popularną żonę.  Te kwestie są jednak bez znaczenia - zarówno Amberton, jak i Casey, są homoseksualistami, a ich wykreowany wizerunek to tylko przykrywka, na zewnątrz. Aktor poznaje kogoś, kogo o dziwo nie może zdobyć, a uczucie miłości rujnuje go, ma destrukcyjne działanie. Okazuje się, iż za pieniądze nie dostanie się wszystkiego.
Staruszek Joe prowadzi bardzo spokojne życie. Noce spędza w publicznej toalecie, dnie na plaży z butelką ukochanego chablis. Ma trzydzieści dziewięć lat, chociaż wygląda na siedemdziesiąt. Kiedy Joe znajduje śpiącą koło kontenera, pobitą i ledwo żywą, nastoletnią ćpunkę, jego świat staje do góry nogami. Życie jego i jego przyjaciół zmieni się diametralnie.
Esperanza to młoda Amerykanka meksykańskiego pochodzenia, bardzo ambitna, zdolna i inteligentna. Osiąga bardzo wiele i jej przyszłość wydaje się być obiecująca. Dziewczyna doznaje jednak upokorzenia, które rujnuje wszystko, co do tej pory osiągnęła.
Nie wiem, co mam napisać o ,,Jasnym słonecznym poranku". Jest to książka tak pokręcona, tak dziwna i skomplikowana, że trudno za nią nadążyć, a tym bardziej coś o niej napisać. James Frey ma bardzo chaotyczny styl pisania, któremu brakuje znaków interpunkcyjnych. Daje to czytelnikowi możliwość interpretowana utworu na różne sposoby.
Jest to niewątpliwie powieść bardzo poruszająca i skłaniająca do refleksji. Czytając, zastanawiamy się nad życiem, nad jego znaczeniem. Możemy docenić wygodę, w jakiej przyszło nam egzystować, bo bohaterowie ,,Jasnego słonecznego poranka" mają gorzej. Co najlepsze - takich ludzi jest na świecie mnóstwo.
Ludzi, którzy są samotni w tłumie. Ludzi, którzy są biedni, mimo wielocyfrowych liczb na swoich kontach bankowych. Ludzi także takich, którzy mają odwagę sięgać po to, co może należeć do nich. Mających siłę spełniać marzenia.
Cała moja recenzja jest tak chaotyczna, jak ,,Jasny słoneczny poranek". Szczerze mówiąc, z chęcią napisałabym wiele, a równocześnie nie pisałabym nic. Po prostu polecam.

piątek, 6 lipca 2012

Holandio, przybywam!

Czy nie wspominałam przypadkiem, że kocham podróżować? Jeśli nie, właśnie macie okazję się o tym dowiedzieć. Zwiedziłam już Wielką Brytanię, Francję, Luksemburg, Niemcy i Czechy, a teraz przyszła pora na Holandię, kraj słynący z wiatraków i tulipanów [nie wspominajmy tu o innych charakterystycznych ,,roślinach" :]. 
Ten wyjazd jest jednak inny od poprzednich - zwiedzając wyżej wymienione państwa, byłam na wycieczkach z przewodnikiem, tym razem jednak lecę prywatnie i zamierzam zostać tam, uwaga... miesiąc. Bardzo się cieszę z tej obiecującej wizji odpoczynku i relaksu, a także zwiedzania i szlifowania języka angielskiego. Rany julek, około trzydziestu dni rozmawiania niemalże tylko i wyłącznie po angielsku, cóż to za wspaniałość! 
Oczywiście biorę ze sobą książki. Właściwie, one już pojechały z osobą, z którą będę mieszkać - ja lecę samolotem i nie zamierzam płacić za nadbagaż. Wzięłam, po raz kolejny uwaga, siedemnaście sztuk. Znajomi, obserwując moje wyczynowe pakowanie wielkiej walizy, kręcili tylko z politowaniem głowami - kto to widział, s i e d e m n a ś c i e książek na taką podróż! Śmiech na salę. Niezależnie od nich, uparłam się i spakowałam - siedemnaście pięknych, pachnących egzemplarzy. Sprawą wiadomą jest, iż nie przeczytam w Holandii nawet połowy z nich - przecież będę zwiedzać, oglądać, poznawać. Z drugiej strony,  pomyślcie... jestem w obcym kraju, nie ma w pobliżu żadnej polskiej księgarni, biblioteki, po angielsku raczej też nie znajdę nic ciekawego. No i co ja pocznę, jak mi się te zapasy skończą? Zapobiegawcza ja wolałam nie ryzykować i wzięłam całą stertę grubych, tłuściutkich [niedosłownie rzecz jasna] książek - lekkich, przyjemnych, w sam raz na wakacje. A niech się śmieją, myślę sobie. Ich problem! 
A biorę: 
  • Henning Mankell - ,,Biała lwica" 
  • Harlan Coben - ,,Najczarniejszy strach"
  • Richard Mason - ,,Świat Suzie Wong" 
  • Penny Vincezni - ,,Wystarczy chwila"
  • Attica Locke - ,,Czarna woda"
  • Christopher Moore - ,,Wyspa wypacynkowanej kapłanki miłości"
  • Jane Austen - ,,Opactwo Northanger"
  • Linwood Barclay - ,,Bez śladu"
  • Sherrylin Kenyon - ,,Taniec z diabłem"
  • Anna Brzezińska - ,,Wiedźma z Wilżyńskiej Doliny" 
  • L. M. Montgomery - ,,Opowieści z Avonlea"
  • Hanif Kureishi - ,,Powiem ci, jak kochać"
  • Irvine Welsh - ,,Trainspotting" 
  • Fredricco Moccia - ,,Wybacz, ale będę mówiła Ci skarbie"
  • Fredricco Moccia - Tylko ciebie chcę" 
  • Rosamunde Pilcher - ,,Odłosy lata" 
  • James Frey - ,,Jasny słoneczny poranek" [właśnie czytam]
Nie myślcie sobie jednak, że dam Wam spokój, o nie - tutaj czas na złowieszczy śmiech. Prawdopodobnie będę miała Internet i nowe recenzje pojawiać się będą regularnie, w miarę możliwości. Myślę, że może skrobnę coś również z wyjazdu - jakieś zdjęcia, relacje na bieżąco. Macie ochotę na coś takiego? 
Nie pozostaje Wam nic innego jak życzyć mi udanego wyjazdu - no już, życzcie mi! - i z niecierpliwością (; oczekiwać nowych notek. A tak na poważnie, to myślę, że nawet nie będę tęsknić za Polską, bo ogromnie lubię wyjeżdżać. 
Pozdrawiam Was serdecznie! 

Nicholas Sparks: ,,Noce w Rodanthe"


  Wydawnictwo: Albatros 2OO7 
  Język oryginału: angielski 
  Tytuł oryginału: ,,Nights in Rodanthe" 
  Przekład: Elżbieta Wierzbicka - Piotrowska
  Czas trwania mp3: 3h 58min
  Czyta: Hanna Kinder - Kis 


Kolejny bardzo popularny pisarz, którego książkę recenzuję, to Nicholas Sparks. Jestem pewna, że zdecydowana większość przedstawicielek płci żeńskiej słyszała nie raz o jego dziełach poruszających temat miłości na różne sposoby. Realizatorzy chętnie tworzą filmy na podstawie utworów tego autora - pokaźna liczba adaptacji już istnieje, na przykład słynny ,,Pamiętnik", ,,List w butelce" czy ,,Szkoła uczuć". 
Nicholas Sparks napisał między innymi ,,I wciąż ją kocham", ,,Ostatnią piosenkę", ,,Na ratunek" i ,,Jesienną miłość". Prawda, że brzmi znajomo? 
Rodanthe to leżące nad morzem miasteczko w Karolinie Północnej. To tutaj, w pensjonacie,  spotka się dwójka ludzi po przejściach - Adrienne, która na prośbę koleżanki przyjechała zająć się budynkiem jako gospodarz, oraz Paul, jako gość Gospody, przybyły tutaj, aby  odbyć z kimś ważną rozmowę. Obydwoje są rozwodnikami, obydwoje mają dorosłe już dzieci. Przez zaledwie kilka wieczorów zakochują się w sobie i pragną spędzić resztę życia razem. 
Przesłuchałam tego audiobooka w jedno popołudnie - podejrzewam, iż lektura książki zajęłaby mi niewiele dłużej. Jest to powieść lekka, łatwa i przyjemna, idealna na wakacyjne południe spędzone na plaży czy w ulubionym fotelu. Nie wymaga myślenia - po prostu ją czytamy. 
I jak dla mnie za łatwa. Uważam za nieco nierealne rozwinięcie się uczucia dwójki osób bez najmniejszego chociażby ich starania. Trochę zbyt słodko, trochę zbyt cukrowo, chociaż zakończenia nie można takim nazwać. 
Bywały momenty, w których Adrienne, główna bohaterka, irytowała mnie - swoją niepewnością, gdy tak naprawdę nie miała nic do stracenia, oraz niskim poczuciem własnej wartości. Myślenie o sobie jako o mizernej, porzuconej przez męża kobietce nie spodobało mi się. Paul również wydał mi się postacią wyidealizowaną. 
Nie przepadam za książkami tego typu - definitywnie wolę prosty, dobrze skonstruowany kryminał od romantycznej, wzruszającej do łez opowieści miłosnej. Oczywiście, jak każda kobieta lubię czasem odetchnąć i pobujać w obłokach - właśnie w takich chwilach sprawdzi się Nicholas Sparks. 
Nie zakładam, że nie sięgnę po inne powieści tego autora. Wręcz przeciwnie, kiedy przyjdzie taki czas, z przyjemnością przeczytam inną jego pozycję. Wyznaję jednak zasadę, że co za dużo, to nie zdrowo. I tego się będę trzymać. 

Terry Pratchett: ,,Równoumagicznienie"


 Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2OO3
 Język oryginału: angielski 
 Tytuł oryginału: ,,Equal Rites" 
 Przekład: Piotr Cholewa 
 Liczba stron: 198


 Kto w dzisiejszych czasach nie zna Terry'ego Pratchetta? Nikt? Nic dziwnego! Jest to autor tak rozsławiony, tak popularny i uwielbiany, że trudno go nie znać. 
Terry Pratchett to angielski pisarz fantasy i science-fiction. Jest znany głównie z fenomenalnego, bardzo rozbudowanego ,,Świata Dysku", którego budowa nadal jest dla mnie ogromnie skomplikowana. I tutaj pytanie do stałych czytelników autora - czy mogę czytać różne książki ze ,,Świata Dysku", nie po kolei? Czy to nie wpłynie na odbiór? 
,,Świat Dysku" składa się z sześciu pod-cyklów: cyklu o Rincewindzie, cyklu o Śmierci, cyklu o Straży Miejskiej, o Moiście von Lipwigu, o Czarownicach z Lancre oraz o Tiffany Obolałej. Dysk ów, na którym dzieje się akcja utworów, spoczywa na grzbietach czterech słoni stojących na skorupie żółwia A'Tuina, płynącego przez wszechświat. Prawda, że trzeba mieć głowę, żeby to wymyślić? 
Esk to ósme dziecko ósmego syna, która jest dziewczynką. Los chciał, że za sprawą starego maga, zostaje jej przekazane jego dziedzictwo i laska. Brzdąc ten dorasta i z czasem zaczyna objawiać magiczne zdolności. Pod skrzydłami niemłodej już babci Weatherwax Esk poznaje tajniki czarodziejstwa. Niestety, to nie wystarcza i jedynym wyjściem z tej, wydawałoby się nieciekawej, sytuacji jest wysłanie dziewczęcia do Niewidzialnego Uniwersytetu. 
Co jednak, jeśli w tradycji tych jakże uroczych istot bycie magiem płci żeńskiej jest niedopuszczalne, śmieszne i po prostu nie do przyjęcia? Co ma zrobić dziewczynka, której przeznaczeniem jest czarowanie, ale nie jako czarownica? Przekonacie się, sięgając po ,,Równoumagicznienie". 
Z piórem Pratchetta zaprzyjaźniłam się kilka lat temu, czytając ,,Kolor Magii". Jeśli mam porównywać, to... nie, nie będę tego robić. Pierwszy tom cyklu o Świecie Dysku pamiętam kiepsko, przydałoby się odświeżyć lekturę, więc zwyczajnie nie będę. Oczywiście wiem, że powieść mi się bardzo podobała. 
Moi drodzy, jak ja uwielbiam tego pisarza. Klasyfikuje się on do tej nielicznej grupki autorów, którzy rozweselą mnie nawet w depresji - tuż obok Kurta Vonneguta i Christophera Moore'a. Jeśli chodzi o tego drugiego to styl pisania jest bardzo podobny, a poczucie humoru niemalże identyczne, więc skoro nie przypadł Wam do gustu Moore, istnieje duże prawdopodobieństwo, że i Pratchett się nie spodoba - i na odwrót. Wątpię jednak, aby istniał ktoś, kto tych autorów nie lubi. 


 ,, -Zgaś to natychmiast i trzymaj się. [...] 
- Panie Magu... 
- Tak? 
- Kiedy powiedziałam: trzymaj się... 
- Tak? 
- Nie miałam na myśli: tutaj. 
Na moment zapadła cisza. 
- Och. Tak. Rzeczywiście. Strasznie przepraszam. 
- Nie ma o czym mówić. 
- Pamięć mam już nie tę, co dawniej... Zapewniam... Nie chciałem urazić...
- Nie jestem urażona. 
Przez chwilę lecieli w milczeniu. 
- Mimo to - zaczęła z namysłem Babcia - sądzę, że ogólnie rzecz biorąc wolałabym, żebyś przesunął ręce. "

Dialogi, dialogi, dialogi: genialne, przezabawne, błyskotliwe i przede wszystkim proste. Mnie rozbawiały do rozpuku, zwłaszcza te między Babcią Weatherwax i jej małą podopieczną, Esk. 
Bohaterowie - świetni. Zwłaszcza wyżej wspomniana Babcia, która spojrzeniem potrafi mrozić krew w żyłach, uwielbia używane ubrania, - rzecz jasna, w kolorze czarnym - i jest zaradna jak mało kto. Ta kobieta, mistrzyni głowologii, umie wziąć sprawy w swoje ręce. 
Myślę, że ten utwór Pratchetta to nie tylko gwarancja dobrej zabawy i dobrze spędzonego czasu, ale także lekcja o tym, że w życiu należy być wytrwałym i niezależnie od wszystkiego dążyć do wyznaczonych celów. Trzeba walczyć o swoje i próbować spełniać marzenia, bo co poza tym mamy na tym świecie? 
Tytuł ,,Równoumagicznienie" to tak naprawdę równouprawnienie - zresztą, dowiecie się, o co w tym wszystkim chodzi, czytając tę genialną powieść. Polecam gorąco!


 ,,Jeśli warto coś zrobić, warto też zrobić to marnie." 

czwartek, 5 lipca 2012

Edgar Allan Poe: ,,Opowieści niesamowite"


 Wydawnictwo: Promatek 
 Język oryginału: angielski 
 Przekład: Bolesław Leśmian
 Czas trwania mp3: 4h 31 min 
 Czyta: Krzysztof Kołbasiuk

Edgar Allan Poe to XIX - wieczny pisarz amerykański - autor wielu utworów nazywanych literaturą grozy. W jego dzieła wkradają się elementy fantastyki. Poe to klasyka tego gatunku. Jego proza charakteryzuje się psychologizmem postaci. Napisał między innymi ,,Przygody Artura Gordona Pyma". 
Na wstępie chciałabym zaznaczyć, iż Edgar Allan Poe ma bardzo specyficzny styl pisania i nie każdemu on może się spodobać. Pisał on bardzo zawile, trudnym językiem, któremu brak było jakichkolwiek dosłowności - niemalże wszystkiego czytelnik musi się domyślać. Według mnie pióro takie jest piękne, można również poznać wiele ciekawych, nieużywanych już słów, żeby nie rzec - archaizmów. Słowo ,,krotochwilny" na przykład - bardzo piękne, którego do tej pory nigdy nie słyszałam, a od teraz będę używać go z wielką ochotą. 
Właśnie przez ten styl Poego trudno było mi początkowo ,,wkręcić się" w opowiadania. Ponadto, sięgnęłam po książkę w formie audiobooka, więc miałam problem ze skupieniem się na dłużej. Myślę, że lepiej by było, gdybym miała do czynienia z papierową wersją - w każdej chwili można skorzystać ze słownika, zatrzymać się na chwilę i przemyśleć słowa autora. Słuchając natomiast, momentami bardzo się męczyłam, zwłaszcza, kiedy włączałam odtwarzacz z myślą o zrelaksowaniu się. 
Zbiór zatytułowany ,,Opowieści niesamowite"składa się z piętnastu różnych opowiadań. Każde z nich jest owiane grozą, tajemniczością, narracja jest pierwszoosobowa, przez co poznajemy psychikę danego bohatera. Nie bez powodu o Edgarze Allanie Poe'm mówi się, iż jest on autorem zajmującym się dogłębnym psychologizmem postaci. Oj, on dobrze wie, co robi, przez co utwory są jeszcze straszniejsze. 
Najlepsze w tych dziełach jest to, że tak naprawdę nie wiemy, co jest elementem fantastycznym, a co nie. Uważam, że to prawdziwa sztuka ze strony pisarza - sprawić, aby jego czytelnik nie miał pewności, czy jemu nie wydarzy się za chwilę coś podobnego, mimo świadomości, iż to tylko fikcja literacka. 
Z pewnością to nie jest moje pierwsze i ostatnie spotkanie z Edgarem Poe'm. Z wielką przyjemnością przeczytam inne jego utwory, jednak zrobię to już w wersji papierowej. Polecam!

środa, 4 lipca 2012

Kącik muzyczny part 4. She Wants Revenge


 She Wants Revenge to młody, bo tylko siedmioletni amerykański zespół powstały w Kalifornii. Tworzą go zaledwie dwie osoby - Adam Bravin oraz Justin Warfield. Ich muzyka klasyfikuje się do darkwave rocka i post punku. 
W tekstach swoich utworów artyści chcą, jak sami mówią, eksplorować tę stronę związków między kobietą a mężczyzną, które są okryte milczeniem i nieprzyjmowane do świadomości. Warfield śpiewa pięknym, głębokim [podobnym nieco do wokalisty zespołu Joy Division] głosem o destrukcyjnych cechach miłości, pożądania, a także o śmierci. 
Zespół ,,She Wants Revenge" wydał do tej pory trzy albumy: , ,,She Wants Revenge", ,,This Is Forever" i ,,Valleyheart".

,,She Wants Revenge" poznałam przez piosenkę, którą dzisiaj Wam przestawię, a mianowicie ,,She will always be a broken girl". Utwór magiczny, jak zresztą wszystkie stworzone przez ten zespół. Polecam Wam gorąco. Niech Wasze uszy delektują się brzmieniem tej muzyki! 

,,Tear You Apart", piosenka chyba najbardziej lubiana przez sympatyków zespołu

Moja ulubiona ,,She Will Always Be a Broken Girl", mniej znana 
Dziękuję wszystkim, którzy zechcieli przesłuchać poleconych przeze mnie utworów!



 Wydawnictwo: Literackie 2O1O
 Tytuł oryginału: ,,Blood Meridian or the Evening Redness"
 Język oryginału: angielski
 Przekład: Robert Sudół
 Liczba stron: 444

 O Cormacu McCarthy'm pisałam już w recenzji książki ,,W ciemność" . Co by się nie powtarzać, wspomnę tylko, iż jest to autor między innymi fenomenalnej ,,Drogi". Sam autor to postać bardzo tajemnicza i intrygująca, ponieważ prawie w ogóle nie udziela wywiadów oraz nie ma kontaktu z czytelnikami. 
Tennessee, koniec lat 4O. XIX wieku. Czternastoletni, bezimienny dzieciak, ucieka z domu od ojca pijaka i wyrusza w podróż na Południe Stanów Zjednoczonych. Są to akurat czasy masakry Indian, a więc w tych zachodnio-południowych obszarach USA nie brakuje brutalności i morderstw. Dzieciak dołącza do gangu sędziego - bezlitosnego, psychotycznego zabójcy. Warto napomknąć, iż ów sędzia został stworzony na podstawie postaci autentycznego Johna Glantona. 

,,Cztery są rzeczy, co mogą zniszczyć świat, powiedział. Kobiety, whiskey, pieniądze i czarnuchy. " [str. 28]
Jak to u McCarthy'ego bywa, narracja jest prowadzona bardzo chaotycznie, a znaki interpunkcyjne są ograniczone do minimum. Czytelnik może przez to stracić orientację, kiedy czyta dialog, a kiedy zwykły opis. Wiele rozmów przedstawionych jest w języku hiszpańskim. 
Książka ta jest nazwana w Ameryce arcydziełem, a na pierwszej stronie widnieją komentarze, przez które czytelnik może się podekscytować, nie zaczynając nawet lektury. Są to bowiem opinie tak szaleńczo zachwalające, że trudno spodziewać się po tej pozycji czegoś słabego, napiszę więcej - przeciętnego. Myślę, iż psują one trochę odbiór utworu, ponieważ, jeżeli ktoś, podobnie jak ja, nie zachwycił się ,,Krwawym Południkiem", czuje wielki zawód. 
Mimo oszczędnego języka autora, uważam, że książka była ciągnięta, przedłużana, a przez to najzwyczajniej w świecie nudna. Być może to filozoficzne elementy narracji, którymi uraczył nas McCarthy - owszem, dające do myślenia, ale w pewnych chwilach nużące. Kiedy czytelnik oczekuje brutalności i rzezi, zapowiedzianych już na samym początku, trudno skupić się na znaczeniu błyskawicy czy kamienia. 
Sami bohaterowie wydali mi się bardzo interesujący, zwłaszcza dzieciak, który dzieciakiem wbrew pozorom nie był - bo jakie dziecko potrafi bez skrupułów wbić nóż w serce przypadkowemu człowiekowi? W tamtych czasach młodzi ludzie zostali pozbawieni dzieciństwa i młodzieńczej beztroski. 
Również sędzia Holden, postać bezwzględna i przerażająca, uosobienie zła, spowodowała, że zerknęłam na ,,Krwawy południk" odrobinę łagodniej. Plus dla Cormaca McCarthy'ego za wykreowanie tak brutalnej i oddającej klimat osoby. 
Powieść polecam cierpliwym. Jeżeli lubicie tego autora, jeżeli przepadacie za Dzikim Zachodem w literaturze - przeczytajcie, spróbujcie, nie zaszkodzi. Może ktoś bardziej ode mnie doceni fenomen ,,Krwawego Południka". Dla mnie to nic specjalnego, uważam, iż ,,W ciemność" tego pisarza jest zdecydowanie lepszą pozycją. 

poniedziałek, 2 lipca 2012

Andrea Maria Schenkel: ,,Dom na pustkowiu"


Wydawnictwo: Sonia Draga 2oo8
 Język oryginału: niemiecki 
 Tytuł oryginału: ,,Tannod"
 Czas trwania mp3: 3h 18min
 Czyta: Anna Komorowska, Joanna S. Tyl, Bartosz Mazur, Jacek Kałucki, Julia Turzyńska i inni

,,Dom na pustkowiu" w wersji audio chyba można nazwać słuchowiskiem - książkę czyta wielu lektorów. Jeżeli się mylę, proszę mnie poprawić.
Andrea Maria Schenkel to niemiecka autorka trzech książek, z których tylko jedna - ,,Dom na pustkowiu" została wydana w Polsce. Została czterokrotnie nagrodzona właśnie za tę powieść.
Połowa lat pięćdziesiątych, XX wiek. Miasteczko Tannod. Kiedy mieszkająca na skraju lasu rodzina Dannerów nagle przestaje pojawiać się w kościele, a dzieci nie chodzą do szkoły, nikt nie jest zaskoczony. Owa familia jest uważana za odludków i dziwaków, a plotki krążące na ich temat skutecznie zrażają wszystkich tych, którzy chcieliby poznać ich bliżej. Po pewnym czasie, jak to w małych środowiskach bywa, ludzie zaczynają gadać i niepokoić się. Dlaczego sześć osób przepadło jak kamień w wodę? 
Po książkę o intrygującym tytule ,,Dom na pustkowiu" sięgnęłam przez czysty przypadek - będąc w bibliotece w poszukiwaniu legalnych audiobooków, wypożyczyłam to, co wpadło mi w rękę i wydawało się  być interesujące. Nigdy wcześniej nie słyszałam ani o autorce, ani o tym utworze. Nie liczyłam zatem na nic, nie miałam żadnych oczekiwań. 
Jeśli mam patrzeć na tę książkę jak na zwyczajny, prosty kryminał, to wypada ona kiepsko. Nie  intryga gra tu jednak główną rolę. No dobrze, w takim razie co to takiego? 
Autorka stworzyła bardzo ponury obraz bawarskiej rodziny oraz środowiska, w którym wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą. W tym miejscu sąsiad potrafi z największymi detalami opisać każdy grzeszek drugiego i znajduje na niego usprawiedliwienie. Ludzie widzą dramaty i tragedie, a jednak nie wtrącają się, no bo po co? Wyrażają milczącą aprobatę i udają, że ich to w żaden sposób nie dotyczy. Niestety nawet współcześnie takie wsie, małe miasteczka istnieją. Co więcej - m y w nich żyjemy. 
Utwór ,,Dom na pustkowiu" sprawia wrażenie zbeletryzowanego dokumentu - mieszkańcy wypowiadają się, niczym udzielając wywiadu. Narracja jest na zmianę pierwszo- i trzecioosobowa, przez co wielu czytelników może się pogubić. Uważam, iż jest to efekt sprzyjający odbiorowi książki, ponieważ dodaje jej realności, a o to w tym wszystkim chodzi. 
,,Dom na pustkowiu" stanowi obraz wielu dramatów rodzinnych, między innymi kazirodztwa, gwałtów i licznej przemocy. Został przedstawiony z interesujący, acz nie do końca przypadający mi do gustu sposób.